BIELIZNA – Pani Jola (Sonic)

Zacznę od truizmu, niezbędnego tu dla nakreślenia kontekstu. Uwaga, lecimy: polski rock z lat 80., z takich czy innych przyczyn, cierpiał na kompleks zachodniej lepszości. Główny nurt żłobiły płyty będące muzycznym odpowiednikiem kultów cargo – gdzie ludy tubylcze budowały bambusowe jeepy, tam Polacy produkowali polskie Rolling Stones, polskie The Police, a nawet polskie Siouxie and the Banshees. Ba, w moim osobistym top dziesięć mieści się polskie DAF/Killing Joke i polskie Gang of Four. Tamta muzyka mogła i może się podobać lub nie, ale obiektywnie trzeba stwierdzić, że przetrwała. Jako trójkowe klasyki-geriatryki typu „Chcemy być sobą”, jako podziemne koktajle Mołotowa w rodzaju „Underground Out of Poland”, ale ona żyje. Oryginalność stylistyczna, progresywne nurty – to przyszło w latach 90. Rock solidarnościowego PRL-u średnio dukał w języku muzyki, miał za to słowiański, przaśny pierwiastek. Ten rozumiano tylko między Odrą a Bugiem, ale muzyka przemawiała do człowieka i o człowieku, wprost do jego emocji i odwołując się do jego doświadczeń.

I kolejny truizm: w latach 90. mieliśmy w Polsce subkulturę samodefiniującą się stwierdzeniem „słucham polskiego rocka”. Ta kategoria obejmowała oczywiście duperele z „Muzycznej Jedynki”, De Mono z Andrzejem Krzywym wzdychającym do Agnieszki Maciąg, wesołe piania Artura Gadowskiego o złotym deszczu etc. Z telewizorów huczało disco polo, odpowiadając na żywotne potrzeby ludzi nie identyfikujących się z neurozami Kasi Nosowskiej. Z boku rozkwitała alternatywa i awangarda, posthardcore i yass, Antena Krzyku i Obuh, a więc muzyka ambitna, ale skierowana do wąskiego grona odszczepieńców zasłuchanych w senny tembr Rafała Księżyka (jak niżej podpisany). Nakłady kaset szły w setki tysięcy, ale rock przestał mówić o świecie tu i teraz, jak muzyka disco grana przez didżeja, o którego lincz wołali The Smiths w piosence „Panic”… Ale na tej pustyni przetrwały źródełka. Jedno z nich biło w Gdańsku, a królem słowiańskiego rocka obdartego z cekinów i brokatu, mistrzem ludowego przekazu był obły, nie umiejący śpiewać mieszkaniec Oliwy, wokalista znakomitego zespołu Bielizna. Skoro w cyklu wspominkowym wygrzebujemy płyty nieco zapomniane i w jakiś tam sposób dla nas szczególne, to wydany w 1996 roku album „Pani Jola” pasuje tu idealnie. Nieco niedopromowany, mało oczojebny, a przy tym wyśmienity muzycznie i tekstowo rock dla ludzi.  stara bielizna

Skoro już padła magiczna nazwa klasyków, to Bieliznę zwykło się określać „polskim The Smiths”, co nie do końca jest trafne. Rzeczywiście „Pani Jola” porzuca postpunkowe korzenie na korzyść brytyjsko-smithsowego grania, i ten kierunek utrzymał się na kolejnych płytach. Jarek Janiszewski wydaje się antytezą użalającego się nad sobą dandysa Morrisseya. Najbliżej takiej narracji jest chyba w piosence „Chamy” – manifeście wrażliwca podnoszącego dumnie głowę przeciw nieczułemu, pozbawionemu empatii światu. Większość tekstów to jednak relacje z życia prostych ludzi zaludniających świat dookoła nas. Takich, co „Keatsa i Yeatsa” nie znają, ale mają swoje uczucia, problemy i troski, które przepracowują w swoich klitkach w blokach z wielkiej płyty. „Ze starej kury jest lepszy rosół” mówi o tęsknocie za przemijającą młodością. Przechodzący w piąty wymiar Waldek szuka leku na samotność w marzeniach o kosmosie. „Kość” to bolesna historia o upokorzeniach w warunkach wschodzącego kapitalizmu na cebulowo. „Ja, szara mysz” przypomina, że niepozorne dziewczyny też potrzebują miłości. Janiszewski nie kpi ani nie szydzi ze swoich bohaterów i ich małych dramatów, nawet z pociesznego onanisty z „Małej różowej chmurki”. Pochyla się nad nimi z troską, przytula do otłuszczonego serca, całuje w czoło z wódczanym oddechem. To ostatni z polskich tekściarzy (nie chciałbym tu używać obraźliwego słowa „poeta”), który nie oderwał się od dziurawego chodnika, trzęsącego, smrodliwego tramwaju i nużącej kolejki w warzywniaku. Tam kryje się „Niewidzialny Świat”, te „nagłe szarpnięcia i mocne ściskania”, które łamią serce, bo wydarzyły się naprawdę.owa bielizna

Brakuje mi wyraźniejszej obecności zespołu Bielizna. Okazjonalna aktywność płytowa i koncertowa jest pewnie proporcjonalna do tzw. kultowego statusu zespołu, który oznacza granie koncertu dla 50 osób. Niezależnie od tego, ilu ludzi słucha Jarka, ja swoje wiem. „Stefan” to jeden z magicznych momentów w całej historii rocka, kiedy piosenka dotyka absolutu. „Najbardziej fatalna para od czasów V-2” to najpiękniejsza piosenka miłosna w historii podłączania gitary do wzmacniacza. „Pani Jola” ma z kolei utwór „Każdy ma swego boga”, boleśnie trafną refleksję nad tym, że każdą zasadę i każdą moralność da się nagiąć pod siebie, i wciąż zachować dobre samopoczucie.Chciałbym więcej muzyki, która byłaby nośnikiem takich spostrzeżeń i przywracała magię niedzielnym spacerom, flądrze z frytkami i odrapanym ścianom na klatce schodowej. Taki świat też cieszy, a myśl, że „jutro znowu długi marsz” może być najbardziej krzepiącą refleksją na poniedziałek.

Bartosz Cieślak