ATAK KLONÓW

Mówiąc o muzyce zazwyczaj domagamy się rzeczy epokowych i oryginalnych, a tymczasem gdyby spojrzeć na to, co trzymamy na półkach z płytami, okazałoby się pewnie, że pod powyższe przymiotniki podciągnąć można zaledwie niewielki tego procent. Są więc wśród lubianych przez nas płyt takie, do których chętnie wracamy pomimo tego, że bardzo przypominają dokonania innych… a może nawet właśnie dlatego? Poniższy artykuł nie ma na celu gloryfikowania muzycznego złodziejstwa, jest raczej okazją by zaprezentować kilka zespołów, którym zapatrzenie w twórczość innych udało się przekuć w coś miłego dla słuchacza.

MAUSOLEUM „Cadaveric Displays of Ghoulish Ghastliness” (Razorback Records) Amerykański Mausoleum jest przykładem zespołu, który zbliżył się do swojego źródła inspiracji tak bardzo, że bardziej już chyba się nie da. „Cadaveric Displays…” naprawdę brzmi jak jakiś zagubiony krążek Autopsy a do tego, podobnie jak w przypadku pierwowzoru, perkusista Mausoleum jest jednocześnie wokalistą (i ryczy niemalże identycznie jak Chris Reifert). Jakby tego było mało,Mausoleum nie mając za grosz wstydu zespół umieścił na tym albumie kower swoich ulubieńców, „Destined to Fester”. Oczywiście „Cadaveric…” nie jest rzeczą na miarę „Severed Survival”, ale nie zmienia to faktu, że bardzo fajnie się tej płyty słucha i jeśli warto sięgnąć po jakikolwiek krążek nawiązujący do twórczości Reiferta i spółki, to moim zdaniem właśnie po ten. Muzykom Mausoleum udało się bardzo dobrze odnaleźć w obranej przez nich konwencji, dzięki czemu w miarę regularnie do tego albumu wracam. Dziś, kiedy stopień uwielbienia dla Autopsy sięgnął apogeum, a kapel idących w ich ślady jest bez liku, „Cadaveric…” nie musi robić wielkiego wrażenia, ale w 2003 roku sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Tego rodzaju płyta była wtedy dla wygłodniałych trupów przysmakiem nie mniejszym niż ciepły jeszcze mózg potencjalnej ofiary. Wielka szkoda, że do tej pory nie ukazał się, zapowiadany na 2008 rok drugi krążek zespołu, „Back From the Funeral”, ale zapewne miało to związek z przedwczesnym zejściem z tego świata gitarzysty Mausoleum, Phila Newbakera. Mam jednak nadzieję, że mimo tego przykrego faktu nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa i że album ten ujrzy kiedyś światło dzienne. Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w Mausoleum pogrywa sobie znany z kultowego w pewnych kręgach Morpheus Descends Rob Yench (który zaliczył też swego czasu krótki epizod w Incantation).

CRETIN „Freakery” (Relapse) Wybierając dla swojego zespołu taką nazwę z pewnością zamyka się przed sobą wrota do światowej kariery, ale takowa i tak nie byłaby raczej pisana muzykom Cretin. Za cel obrali sobie bowiem granie przegniłego, korzennego grindcore’a po linii Repulsion (które na listy przebojów trafić mogłoby dopiero po niespodziewanym zejściu z tego świata znacznej części ludzkiej populacji) i zadanie to wykonali wzorcowo. Nie mówcie, że nigdy nie chcieliście Cretinusłyszeć kontynuacji znakomitego „Horrified”! Tak, Cretin udała się nie lada sztuka, bowiem „Freakery” wali po głowie w podobny sposób i jestem przekonany, że gdyby dziadkom z Repulsion udało się dzisiaj nagrać taki krążek, to ich fani posraliby się ze szczęścia. Cretin nie jest jednak zmartwychwstałą legendą podziemia, więc siłą rzeczy wydana w 2006 roku „Freakery” dotarła jedynie do garstki zwyrodniałych maniaków, niestrudzenie przegryzających się przez sterty wydawnictw w poszukiwaniu kolejnego smakowitego kąska. Niewiele tu pomogło wsparcie dobrej wytwórni (Relapse) czy nawet zmiana płci lidera (rzucająca nowe światło na utwór „Daddy’s Little Girl”) – Cretin pozostał w najgłębszym podziemiu i chyba nie ma w tym nic złego. Ważne, że udało im się nagrać album będący pięknym hołdem dla najlepszych tradycji grindowego młócenia. Posłuchajcie choćby tego pięknego cytatu z „Fear of Napalm” na początku „Walking a Midget”, czy to nie chwyta was za serce? Pewną ciekawostką i jedyną chyba oryginalną cechą tej kapeli (jeśli pominąć przemianę Dana w Marissę) jest warstwa tekstowa albumu, w której miejsce klasycznie grincoreowych tematów zajęły opowieści o rozmaitych dziwactwach i wybrykach natury. Kretyński grind? Owszem. I chciałoby się usłyszeć go więcej.

THE COUNTY MEDICAL EXAMINERS „Olidous Operettas” (Relapse Records) Okładka tej płyty przypomina front „Reek of Putrefaction”, tytuł niechybnie kojarzy się z „Symphonies of Sickness”, a otwierający ją utwór rozpoczyna się jak niezapomniany „Corporal Jigsore Quandary”… Mało tego, członkowie tego zespołu to lekarze, tacy prawdziwi. The County Medical Examiners postawili sobie za cel jak najwierniejsze odwzorowanie stylu pierwszych trzech albumówCounty Carcass, i swój cel konsekwentnie realizowali przez cały swój płytowy dorobek. „Olidous Operettas” kwalifikuje się raczej do kategorii ciekawostek, ale uczciwie trzeba przyznać, że trup został ekshumowany i skonsumowany z klasą i wyczuciem konwencji. Wszystko tu brzmi jak należy – wokale imitują bulgocząco-charkotliwy duet Walkera i Steera, perkusja równo bije w średnich/szybkich tempach, gitary niemal przepisują solówki z oryginału. Nie ma i nie będzie drugiej takiej kapeli jak Carcass, ale The County Medical Examiners ulepili golema, który nie ma duszy, ale zręcznie unika bycia kiepską parodią. Jeśli uważacie, że „Heartwork” i „Swansong” to krążki haniebne, które nigdy nie powinny powstać, „Olidous Operettas” upewni was, że nie jesteście sami na świecie.

APOKALYPTIC RAIDS „The Return of the Satanic Rites” (Time Before Time) Średnio obeznany metalowiec zapytany o zespoły czczące wszechkultowy Hellhammer wymieni od razu niemiecki Warhammer. Na nich jednak nie kończy się grono nieślubnych dzieci Toma Warrriora z czasów sprzed „Morbid Tales”, sięgnijmy więc za ocean, gdzie w dusznym otoczeniu Rio de Janeiro pogrywa od kilkunastu lat Apokalyptic Raids, co jakiś czas rejestrując kolejne Apokalypticalbumy, z których drugi wydała kilka lat temu na kasecie rodzima Time Before Time Records. Rzut oka na logo i nazwę i od razu jasne staje się, za co Brazylijczycy cenią Tomasza Wojownika, i z pewnością nie są to „Tristesses de la Lune” ani „Cherry Orchands”. Apokalyptic Raids bez kompleksów napierdala jak na „Apocalyptic Raids” i robi to krzywo, głośno, z pasją i nieodzownym „UGH!”  w odpowiednich miejscach, a wiadomo, że bez „UGH!” daleko się z taką muzą nie zajedzie. Obrazu zajebistości dopełniają teksty, brzmiące jakby wyrzygujący je Necromaniac tworzył je tnąc i losowo sklejając wkładki płyt Sodom. Krzykliwy debilizm lejący się z „The Return of the Satanic Rites” jest kompletnie rozbrajający i nie ma sensu rozkładać tej płyty na czynniki pierwsze – zresztą jak tu rozmyślać machając głową do zdrętwienia karku i drąc się „are you ready, ready to go to hell”? A komu się nie podoba, tego Necromaniac zastrzeli, jak tylko dokupi karabin do swojego pasa. UGH!

AXEGRINDER „Rise of the Serpent Men” (Peaceville) Na koniec płyta, z którą zmagam się już od dłuższego czasu i względem której wciąż żywię mocno ambiwalentne uczucia. Zespołem klonowanym jest w tym przypadku Amebix, który darzę bardzo silnym uczuciem, ale stopień, w jakim Axegrinder inspirował się twórczością braci Miller zawsze wprowadzał mnie zakłopotanie. Z jednej strony mamy tu bowiem świetnie (jak na crustowe standardy) brzmiący, zmetalizowany punk z potężnymi, transowymi riffami, z drugiej wszystko to (włączając warstwę tekstową) jest dość bezwstydną kalką twórczości starszych kolegów po fachu. Są ekipy, u których coś takiego zupełnie mi nie przeszkadza, ale Amebix był i jest zespołem wyjątkowym i naśladując ich postawę powinno się raczej poszukiwaćAxe własnego stylu, niż podążać wydeptaną wcześniej ścieżką. Nie da się jednak ukryć, że dla ludzi, którym dyskografia Amebix wydaje się zbyt skromna, „Rise of the Serpent Men” będzie płytą wartą zainwestowania paru groszy. W 2011 roku może też okazać się pocieszeniem dla tych, którym nie do końca odpowiada kierunek, jaki bracia Miller obrali na „Sonic Mass”. Mamy tu bowiem wszystko to, co Amebix w dużym stopniu zostawił już za sobą, czyli transowy, brudny, metaliczny punk z mocno archaicznym brzmieniem. Trudno się jednak dziwić, że tak jest, skoro wspomniana płyta pochodzi z roku 1989 – ukazała się niedługo po tym, jak pierwotna inkarnacja Amebix dokonała swego żywota. Jako ciekawostkę dodam, że posiadana przeze mnie kompaktowa reedycja tego albumu (wcześniej ukazał się on między innymi jako split z Prophecy of Doom, innymi zapomnianymi nieco herosami brytyjskiej sceny) z 2006 roku nie tylko posiada zmieniona okładkę (autorem oryginalnej był Jeff Walker z Carcass), ale zawiera także nagrania zespołu Wartech, sformowanego w 1991 roku na gruzach Axegrinder. I tu okazuje się, że także w swym kolejnym wcieleniu bohaterowie tej recenzji nie mogli się oprzeć pokusie pożyczania tego i owego z cudzej twórczości, tym razem na ruszt biorąc… Voivod. Jeśli więc zastanawialiście się kiedyś jak brzmiałby split Amebix z Kanadyjczykami, polecam właśnie to wznowienie tej płyty. Zresztą, cokolwiek by o niej nie mówić, „Rise of the Serpent Men” to jednak kawał fajnej muzy, wartej poświęcenia jej choćby odrobiny uwagi.

Michał Spryszak, Bartosz Cieślak