ASSASSINS OF GOD – Technological Mythic Limbo (Bonzen Records)

Dawno – bo już prawie tydzień – nie bajaliśmy o przeszłości, czas zatem powrócić do miejsc i wspomnień sprzed lat. A konkretnie z roku pańskiego 92. Bo wtedy ukazała się płyta amerykańskiego trio Assassins of God. Zespołu, który dzisiaj jest w pamięci co bardziej krewkich załogantów, zaś dla reszty stanowi co najwyżej małą zagadkę. Może znajdziemy kilka ważniejszych grup, może NoMeansNo z Kanady był pierwszy, może… A może po prostu posłuchajmy ich płyt, pewnie głównie w wersji cyfrowej, choć widziałem, że na allegro nadal można złapać kasetowe wydania. Zatem – kaseta w paszczę odtwarzacza, trybiki skrzypią, jedziemy… 

Grupa powstała gdzieś w drugiej połowie lat 80-tych, początkowo muzycy związani byli z komuną „The Farm” (To było zadziwiające miejsce – komentuje Ken – trochę jak squat. Powstało w 1972 roku. Ludzie znaleźli trzy połączone se sobą magazyny i zdali sobie sprawę, że mogą tam coś zrobić. Powstał teatr, podwórze gospodarskie ze zwierzętami. Prawdę mówiąc, płaciło się tam czynsz, ale sposób w jaki to egzystowało przypominało squat. Trzy noce w tygodniu odbywały się koncerty…). Czasy były iście partyzanckie a na bazie znajomości z podziemia narodził się zespół o obrazoburczej dla niektórych nazwie. Mózgiem od samego początku był gitarzysta i wokalista Ken Kearney, który swoje umiejętności spożytkował na trzech płytach AoG niemal w 100%, pokazując wielką wrażliwość i wizjonerskie wręcz myślenie o muzyce.AoG band

Dlaczego piszę o tym zespole? Może dlatego, że wywodząc się z Ameryki, był zdecydowanie bardziej związany z Europą. Wszystkie trzy płyty ukazały się w barwach niemieckiej stajni Bonzen, a w Polsce słuchacze poznali muzykę dzięki niezależnej, kultowej dzisiaj, stajni QQRYQ (trzy płyty studyjne, wydane na kasetach) oraz OUTside (kaseta z koncertem zarejestrowanym w roku 1992). Na początku lat 90-tych, kiedy wspomniana oficyna, powadzona przez Pietię zaczęła coraz odważniej sięgać do artystów spoza ścisłego kręgu hc/punk, w obiegu pojawiło się parę mocnych rzeczy – koncertówka NoMeansNo (Live in Dziekanka), Crowbar (zespół z Holandii, żeby nie było), Israelvis, krajowi piewcy łamańców Ahimsa (mówimy oczywiście o wczesnym okresie działalności, kiedy zespół nie odkrył jeszcze leśnych dziadków i stonera…) czy właśnie Assassins of God. Co je łączyło? Głównie to, że do określenia muzyki, zwykle używało się dość kuriozalnego zwrotu „jazzcore”. Jak rozgryźć ten zwrot? Dzisiaj, kiedy wszyscy jesteśmy maksymalnie spasieni przez różnego typu neo progresje, Dillinger Escape Plany, semantic panki i milion innych, technicznych do bólu zespołów, możemy spozierać z politowaniem na wysiłki wymienionych wyżej załóg, jednak na przełomie takt 80. i 90., kiedy taka muzyka docierała do kraju, zastała zdezorientowanych słuchaczy, którzy nie do końca rozumieli o co chodzi, słuchając chociażby genialnej płyty „Wrong” NoMeansNo. Być może właśnie ta dezorientacja przyczyniła się do popularyzacji wspomnianej szufladki – bo jak nazwać poczynania muzyków, którzy za nic mając kanony punk rocka, łączyli je z bluesem, funkiem i elementami improwizacji. Celowo pomijam w tym miejscu słowo „jazz”, bo też – między Bogiem a prawdą – w tych nagraniach jazzu z definicyjnego punktu widzenia nie było prawie wcale. Możliwe, że od czasu do czasu któryś wykonawca pozwolił sobie na flirt ze swingiem, ale tego typu motywy ginęły w gąszczu matematycznie zaplanowanych aranżacji, stawiających na formalne gmatwaniny, raz bardziej to znowu mniej logiczne, ale zawsze budzące uznanie. Częściowo nawet do dnia dzisiejszego… Dość, że wspomniany odłam muzyki miał w Polsce gorących zwolenników, którzy, co też można dzisiaj skomentować z rozbawieniem, byli czymś w rodzaju intelektualnej elity na scenie punk. Mogłeś słuchać Apatii czy Homomilitii, ale jeśli rzuciłeś w towarzystwie nazwą Assassins of God, Dump czy Minutemen, byłeś od razu kimś lepszym. Znawcą tematu i koneserem wśród scenowej braci. Pomijam tutaj kontekst historyczny, zaszłości samego kręgu hc/punk i waśni jakie wtedy miały miejsce (bo mają miejsce i dzisiaj, wcale nie posuwając tematu do przodu…); do samego Assassins of God można wrócić dzisiaj, bo kasetowe wydania ich płyt stanowią rarytas, będąc wisienką na torcie dla poszukiwaczy tego niedoskonałego, a kuriozalnie cieszącego się znowu zainteresowaniem nośnika. Dlaczego trzecia płyta – i tu będę niekonsekwentny – może dlatego, że jako jedyna jest dostępna w postaci CD. Trudno uchwytnego, ale jednak. Poza tym – bo na „Technological…” Ken i koledzy osiągnęli konsensus w poszukiwaniu muzyki idealnej, choć pozostali też jednak w cieniu wielkich braci Wright. O ile dwie poprzednie płyty Zabójców były bardzo dobre, momentami ocierające się o absolut (szczególnie „Black Tongue Speaks Vol. I”), to „trójka” jest zwyczajnie doskonała – w całości, od początku do końca.Ken

Zanim jednak przejdziemy do samej muzyki – kilka słów od samego zespołu – „Wszystko, co robię poza muzyką, jest rozproszeniem uwagi – deklaruje Ken w wywiadzie, udzielonym magazynowi OUTside (rok 1992)jestem kompletnie opętany muzyką. Muzyka w zupełności by mi wystarczyła, ale nie mogę z niej żyć. Nie chcę być bogaty. Pewnie wystarczyłoby mi, gdybym miał na czynsz. W pewnym sensie jest to jedyna rzecz, którą mogę robić dobrze.” Ta wypowiedź w dużej mierze wyjaśnia postawę zespołu, bezkompromisowo łączącego bardzo odległe od siebie wątki muzyczne. Jednocześnie, przy całym rozedrganiu, kompozycje zespołu brzmią bardzo głęboko, do tego stopnia, że podczas słuchania bardzo szybko zapomina się o formalnym poplątaniu i skupia na konkrecie – melodii, plastyce dźwięku, emocjach. Może właśnie to jest najbardziej jazzowy element propozycji Amerykanów. Wbrew temu, co na ten temat napisałem wcześniej, sam Ken składa jasne deklaracje – „Osobiście lubię jazz. Szczególnie czarny jazz, czarną muzykę. Lubię Johna Coltrane’a, może Jamesa Browna, muzykę wytwórni Motown, blues„. Styl zespołu w 92 roku była na swoistym, ewolucyjnym szczycie. Jeśli wcześniej pojawiały się elementy, które łatwo było przypisać, np. scenie punk czy jakiejkolwiek innej, na trzecim krążku wszystko zlało się w jeden wielki i zajebisty jazgot, który w zasadzie trudno zanalizować, nazwać i sklasyfikować. To po prostu hałaśliwa, zagrana z zajebistym groovem (jeśli ktoś po basowym odliczaniu, kiedy wchodzi synkopowany rytm na początku „Slice” nie zaczyna radośnie podrygiwać, powinien iść do laryngologa i to bardzo szybko…) mikstura, wyciągająca wszystko co najlepsze z bluesa, alternatywy, punka czy muzyki improwizowanej. Podana bardzo precyzyjnie, ale zespół zwinnie wymykał się szponom sztywnych aranżacji, grając tak, jakby wszystko było dziełem przypadku, ot, zaimprowizowanym na sali prób jamem. W podobny sposób swoje kompozycje rozwijali wizjonerzy z Minutemen, ale Assassins był jednak bardziej hałaśliwy w swoim wizjonerstwie. W zasadzie muzyka balansowała na krawędzi – z jednej strony była wystarczająco wyrafinowana, by wyjść poza scenę, ale z drugiej postawa zespołu i jednak bardzo agresywne, wwiercające się w głowę partie gitary, powodowały, że podziemne kluby i anarchistyczne społeczności widziały w nich swoich przedstawicieli. Wracając do płyty – podoba mi się to, że zespół bawiąc się różnymi elementami potrafił pozostać autentyczny i co najważniejsze – unikał pozy komedianta, żonglującego to jazzowym pianinkiem, to zwariowaną melodyjką. Nie trzeba być znawcą, by zauważyć, że jest tu napięcie, nerw i powaga, nawet jeśli czasami Ken kpiarsko mrugnie do nas oczkiem. Trudno mi w przypadku tego krążka silić się na analizy poszczególnych numerów, bo cała dziesiątka jest po prostu znakomitym, świetnie zagranym monumentem, symbolem pewnej epoki w muzyce. Ostatnim szwadronem, pilnującym, żeby wirtuozeria nie zamieniła się w techniczny onanizm, co zresztą i tak dokonało się już parę lat później.

On The Beach

On The Beach

Swój wielki finał muzyka Assassins of God znalazła na kasecie „On The Beach”, będącej zapisem koncertu, który odbył się w gdyńskim klubie Buda (27.09.1992r.). Co ciekawe, koncert zarejestrował Adam Toczko, który niedługo potem stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych, polskich producentów lat 90-tych. Koncert odbył się w ramach trasy, jaką zespół zagrał w kilku polskich miastach między 24 a 30 września 1992 roku. Kaseta ukazała się dwa lata później. Dalszego ciągu brak…

Arek Lerch

Dziękuję – jak zwykle i zaocznie – załodze OUTside za materiały, z których skorzystałem. Zdjęcie Kena wykonał podczas jednego z koncertów Mik „Watch”.