ANTHRAX – Sound Of White Noise (Elektra)

Narracja wśród thrash metalowej braci jest generalnie taka, że lata 90. to dla tej muzyki – delikatnie rzecz ujmując i odrzucając wulgaryzmy – nie najciekawszy okres. Zespoły, które prym wiodły w latach 80. dekadę później były nieco zagubione. Skutkiem tego zagubienia było kilka albumów wybitnych, ale też kilka takich, których słuchać się zupełnie nie da. Jedną z płyt, które przyporządkować należy do tej pierwszej kategorii jest bez wątpienia „Sound Of White Noise” Anthrax, czyli pierwsza, na której śpiewał John Bush. W ramach naszego retro – cyklu udajemy się zatem do roku 1993… 

Nowy wokalista niekoniecznie oznaczać musi drastyczną zmianę stylu – w tym przypadku należy jednak mówić o drugim wcieleniu zespołu, bo Anthrax zaczął grać zupełnie inaczej. Ten akurat krążek jest jeszcze pomostem pomiędzy tym, co będzie się działo na kolejnych albumach z Bushem, a tym co słyszeliśmy na płytach z Belladonną (szczególnie na „Persistence Of Time”). Słychać tu echa Pantery czy Alice In Chains, ale słychać też ten stary Anthrax. No i sporo tu rock’n’rolla. Kawałek „Hy Pro Glo” równie dobrze mógłby nagrać Clutch, chociaż Bush brzmi tam momentami jak Layne Staley. Pewnie znajdą się tacy, którzy album ten uważają za dowód konformizmu i płynięcia z prądem. „Sound Of White Noise” ukazał się w roku 1993, kiedy to u szczytu popularności był właśnie groove metal i grunge. Wydawałoby się, że aby nagrać płytę, która dobrze się przyjmie i sprzeda, wystarczy pójść właśnie w tym kierunku. Ale czy ten krążek nie był po prostu najbardziej naturalnym krokiem dla Anthrax? „Persistence Of Time” był już szczytem tego, co można było zrobić z Belladonną – lepszego albumu już by nie nagrali – i co byłoby potem? Trudno przewidzieć, jak panowie odnaleźliby się w latach 90. z nim na wokalu, ale mam nieodparte wrażenie, że skończyłoby się na bezpłciowym materiale, który nie wnosiłby niczego nowego do dyskografii Wąglika. Czas po wydaniu „Persistance Of Time” był więc idealny na wejście Busha i rozpoczęcie nowej ery.Band

No i rozpoczęli ją z przytupem – „Sound Of White Noise” to prawdopodobnie najlepszy album Anthrax. Świetnie brzmiący, pełen energii, z kapitalnymi melodiami. Inspiracje Panterą i Alice In Chains przemielono na coś oryginalnego – sporo kapel poszło w podobnym kierunku, ale żadna nie zrobiła tego w takim stylu; wiele z nich zatraciło swoją tożsamość i słychać było, że nie do końca w takiej stylistyce się odnajdują. Anthrax zupełnie odwrotnie. Największą popularność odniósł kawałek „Only”, którym w jednym z wywiadów zachwycał się nawet James Hetfield – no i rzeczywiście, szybko do wbija się w głowę i nie chce z niej wyjść. W ogóle, świetnych melodii to tutaj od groma – trudno znaleźć kawałek, w którym takowej nie ma. Bush zdecydowanie nie miał takiej skali głosu co Belladonna, miał też zupełnie inny styl, ale był bardziej różnorodny. Potrafił zaśpiewać spokojną, liryczną balladę, potrafił wydrzeć się prawie jak Anselmo, a także zarapować – i brzmiał przy tym znacznie lepiej niż Scott Ian w „Bring The Noise”.Scott

„Sound Of White Noise” wyznaczył kierunek dalszej drogii Anthrax. W latach 90. wydali jeszcze dwie płyty – wypełniony hitami, znacznie bardziej skondensowany i agresywny „Stomp 442” oraz „Volume 8 – The Threat Is Real”, nieco odbiegający poziomem od poprzedniczek. Wszystkie płyty z Bushem utrzymane były jednak w podobnym stylu, zupełnie odmiennym od tego, z jakiego znaliśmy Anthrax w latach 80. I przyznać trzeba, że to jeden z niewielu zespołów, który po zmianie wokalisty radził sobie równie dobrze, co przed nią. A teraz wszystko znów jest tak, jak było – Belladonna w Anthrax („For All Kings” to kapitalna płyta, a „Worship Music” brzmi jakby była pisana pod poprzedniego wokalistę) a Bush w Armored Saint. Historia zatoczyła koło…

Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu