ANTENA KRZYKU – Sensem wydawnictwa jest dokumentacja

Od początku uważałem, że Internet jest nam tylko w stanie pomóc. Właśnie pakuję paczkę z płytami do Japonii, a obok leżą spakowane do Szwecji i Finlandii. To efekt internetu – przez bandcampa ludzie dowiadują się o ciekawej muzyce stąd – mówi Arek Marczyński, stojący za Anteną Krzyku. Rozmawiamy o kondycji muzycznego biznesu, bolączkach rynku wydawniczego i drodze, jaką przebyła Antena – od zina drukowanego w kościele, do jednej z najważniejszych, niezależnych polskich wytwórni.

Pamiętasz pierwszą kasetę, którą wydałeś?

To był chyba składak z różnymi kapelami z Wrocławia. Jeszcze za czasów, gdy nawet dostępu do kserografu nie miałem, więc okładki robiłem ręcznie i każda była inna.

Jeden z artykułów na Twój temat, który ukazał się w Gazecie Wyborczej, nosił tytuł: „Zamiast bić się z ZOMO, promował muzykę”. Te Twoje pierwsze ziny i wydawane kasety to rzeczywiście był rodzaj buntu na sytuację polityczną w Polsce, czy bardziej efekt miłości do muzyki?

Jedno i drugie, choć świadomość buntu przyszła później niż miłość do muzyki. Zanim trafiłem na punk rocka słuchałem różnych rzeczy – od Stevie Wondera po wczesne Pink Floyd. Potem przyszła fascynacja punkiem, ale tą pierwszą falą, która wielkiej świadomości społecznej też jeszcze nie miała, i wreszcie zespoły spod znaku Crass Records, holenderscy squattersi i amerykański hardcore. Wtedy zaczęło to też być polityczne.

Istnieje teoria, według której eksplozja rocka w latach 80. odbyła się za cichym przyzwoleniem władz, które wolały, aby młodzi ludzie wyładowywali się na koncertach, a nie podczas starć z ZOMO. Co o niej sądzisz?

Eksplozja rocka lat 80. niestety łączy mi się z zespołami, które dziś odcinają kupony od tego, że ponoć walczyły z komuną, a w rzeczywistości były beneficjentami poprzedniego systemu. W piwnicach, garażach grały te zespoły, które jakoś w ową eksplozję się nie wpisywały, a stanowiły esencję dobrej muzyki, jaka wtedy powstawała w Polsce. Niektóre z nich pokazywały się w Jarocinie, na małych festiwalach w Remoncie, Odnowie czy Pałacyku.

W mediach mainstreamowych, jak i w głowach wielu ludzi symbolem muzyki tamtych lat, symbolem walki z ówczesnym ustrojem są Kazik Staszewski albo Zbigniew Hołdys. Ty chyba nie darzysz ich nadzwyczajną sympatią?

Kazika lubiłem. Widziałem jego koncerty z Polandem, potem pierwsze koncerty Kultu. Szanowałem za teksty. Dzisiaj opowiada takie rzeczy, że zastanawiam się czy to ten sam facet. Pierdoli jak potłuczony patrząc na świat przez pryzmat własnej wygody. Hołdys to nigdy nie była moja bajka. Ani muzyka, którą robił, ani ten jego aktualny liberalizm.antena-ukryta

Zdaje się, że zespołem z tamtych lat, który cenisz najbardziej jest Dezerter. Dlaczego?

Masz na myśli polskie zespoły? Z Dezerterami znamy się od bardzo dawna. Przyjeżdżali do nas, do Wrocławia, przegrywać płyty. Potem, mieszkając w Holandii, robiłem im tam trasę. Przeszliśmy generalnie tę samą drogę od zainteresowania punk rockiem przez to co oferował Crass i amerykański hardcore. Jesteśmy kumplami. Może nie zawsze Dezerter podobał mi się muzycznie, ale szanowałem zawsze ich drogę, to, że nie było kompromisów tam gdzie ich być nie powinno.

Na początku lat 80. powstało w trzecim obiegu sporo zinów. Miałeś jakiś ulubiony, inspirowałeś się jakimś?

Polskim? Nie specjalnie. Bardzo lubiliśmy się z Dezerterami, więc Azotox i Antena szły podobną ścieżką. Lubiłem Qqryq, ale każdy zine miał wtedy swój charakter i jeśli ktoś kogoś naśladował czy inspirował, to właśnie, choć to mało skromne, Qqryq, Azotox i Antena inspirowały młodszych.

Wydawanie zinów było wtedy, o ile się nie mylę, nielegalne. Miałeś w związku  tym jakieś nieprzyjemności?

Antena była chyba pierwszym zinem z podanym adresem. Wychodziłem z założenia, że ubecja i tak wie co ma wiedzieć, więc po co było się kryć? Nie, nigdy nie było tak, że gazetki były bezpośrednią przyczyną problemów. Najczęściej aresztowano mnie za wygląd, który nie przystawał do socjalistycznego wzorca i wtedy raz czy dwa pojawił się na przesłuchaniu temat gazetek.

Zajmowałeś się także organizacją koncertów. Domyślam się, że za czasów komunizmu nastręczało to wielu trudności.

To były trudne czasy, zwłaszcza, jeśli chciało się robić koncerty zespołów zagranicznych. Radziłem sobie tak, że oficialną stroną zapraszającą był Alma Art, a ja zajmowałem się częścią organizacyjną, czyli szukałem klubów, domów kultury, które chciały koncerty zorganizować. Udało mi się też, dzięki współpracy z Alma Artem, zrobić małe festiwale we Wrocławiu i tu najbardziej zainspirował mnie Andrzej Rogowski i jego Nowa Fala Na Odrze.

Myślisz, że władza traktowała Waszą działalność – Waszą muzykę i gazetki – jako realne zagrożenie?

W pewnym sensie tak, bo kształtowaliśmy poglądy sporej grupy młodych ludzi. To, że raczej wolała nam się przyglądać niż reagować jakoś ostrzej świadczy tylko o tym, że po roku 80. była słaba i nie miała pomysłu na to jak sobie poradzić z tematem.

W jednym z wywiadów wspomniałeś o tym, że mieszkałeś przez jakiś czas w Amsterdamie, gdzie poznałeś wiele osobistości ze świata muzyki, m.in. Dave’a Grohla. Dlaczego wyjechałeś z Polski? No i dlaczego akurat Amsterdam? Czym się tam zajmowałeś?

Gdzieś tak na drugim roku studiów organizacja tras stała się moim zawodem. Jeździłem z zespołami, ustawiałem koncerty, organizowałem małą niezależną dystrybucję. Trudno to było godzić ze studiami inżynierskimi i gdy pojawiła się na horyzoncie konieczność brania udziału w zajęciach wojskowych na uczelni, uznałem to za dobry pretekst by pomyśleć o wyjeździe z Polski. Jako studentowi łatwiej mi było dostać paszport. Z Holendrami wymienialiśmy się listami od dawna, a gdy The Ex przyjechało do Polski zaprosili mnie do siebie, bym skosztował jak wygląda życie w niezależnym światku muzycznym Amsterdamu. Na tym wyjeździe poznałem masę ludzi z firm dystrybucyjnych, agencji koncertowych, zespołów. Akurat koncert Scream z Grohlem był pierwszym, na jaki trafiłem po przyjeździe do A’damu. Wtedy nikt nie był gwiazdą, wszyscy byliśmy dwudziesto, dwudziestoparolatkami zajmującymi się muzyką. Potem, gdy już zdecydowałem się na dłuższy wyjazd z Polski, było łatwiej, bo znałem już sporo ludzi. Pracowałem w Holandii w firmie płytowej, organizowałem trasy i koncerty dla wielu zespołów. Bardzo miło wspominam ten czas.

W którym roku wróciłeś do Polski? Przeżyłeś szok? Wiadomo, że po roku 89’ nasz kraj zmieniał się bardzo szybko.

Wróciłem zaraz po przełomie, gdy okazało się, że będę mógł załatwić zastępczą służbę wojskową, bo o powrocie na studia nawet nie myślałem. Hardline rozwijającej się wtedy polskiej sceny niezależnej sprawił, że na jakiś czas dałem sobie spokój z zajmowaniem się muzyką.

Sensem wydawnictwa jest dokumentacja

Sensem wydawnictwa jest dokumentacja

Podobno do wznowienia fonograficznej działalności w latach 90. Namówił Cię Rob Wright z NoMeansNo. To był trudny okres na wydawanie płyt?

To była zabawna historia, bo Rob stwierdził, że dostają masę zapytań z Polski o licencję na ich płyty, ale mnie znają i chętnie by to zrobili ze mną. Tak wydałem „Mamę”, a potem prawie całą ich dyskografię. Ciężkie czasy najlepiej ilustruje przygoda, która mnie spotkała, gdy zaniosłem materiał NoMeansNo do kopiarni, a facet, który ją prowadził powiedział – wiesz, my to już robiliśmy i sprzedaliśmy tego z dziesięć tysięcy. Oczywiście robili pirackie kasety, które wtedy zalały rynek.

A potem nastąpił wiek XXI. 11 września 2001 roku pewnie nie kojarzy Ci się zbyt dobrze… Wracasz czasem myślami do tego dnia? Zastanawiasz się, co by było gdyby?

W 2001 postawiłem wszystko na jedną kartę. Otwierałem biuro w Nowym Jorku, chciałem z polską muzyką niezależną docierać do Amerykanów i wydawało mi się, że łatwiej to zrobić współpracując z Tamizdat (fundacja wspierająca antena-prawie-ukrytakulturę z Europy Wschodniej założona przez parę Amerykanów mieszkających wtedy w Pradze). Kupiłem reklamy w amerykańskiej prasie muzycznej, załatwiłem dystrybucję płyt, wysłałem ich tam tony. 11.09 – jak było wszyscy wiedzą. Something Like Elvis, Happy Pills, Robotobibok i Program zostały zawrócone na kilka godzin przed lądowaniem w Nowym Jorku. Planowana trasa się nie odbyła. Straciliśmy wszyscy sporo pieniędzy, a ja straciłem zapał. Przez jakiś czas było tak jakby ktoś ze mnie spuścił powietrze. Teraz staram się o tym nie myśleć.

Na początku XXI wieku stopniowo coraz bardziej popularny stawał się Internet. Mocno to odczułeś? Sprzedaż drastycznie spadła?

Mam wrażenie, że muzyka niezależna na rozwoju Internetu ucierpiała najmniej, natomiast dostała rykoszetem po tym jak przestawały istnieć kolejne sklepy płytowe, a sieci sklepowe ograniczyły swoją ofertę. Od początku uważałem, że internet jest nam tylko w stanie pomóc. Właśnie pakuję paczkę z płytami do Japonii, a obok leżą spakowane do Szwecji i Finlandii. To efekt Internetu – przez bandcampa ludzie dowiadują się o ciekawej muzyce stąd.

W jaki sposób dobierasz wykonawców do swojego katalogu? Wydajesz tylko to, co Ci się podoba?

Dokładnie tak. Nie wydaję rzeczy, które mi się nie podobają, choć czasem jest tak, że przychodzi kumpel z nowym materiałem, który, gdybym go dostał od kogoś kogo nie znam, pewnie nie byłby wydany w Antenie.

Czy jedną  z funkcji wydawnictwa jest – brzydko mówiąc – oddzielanie szamba od pereł? Muzyki jest teraz tak dużo, że łatwo się pogubić i trudno coś ciekawego na własną rękę znaleźć.

Nie. Dla mnie sensem wydawnictwa jest dokumentacja. Możliwość dokumentacji w latach 80. nam zabrano, stąd dziś tyle reedycji i wykopywania nagrań, które nigdy wcześniej nie trafiły na nośniki. Ja staram się dokumentować muzykę, która mi się podoba i tylko tyle.

Wiele osób twierdzi, że polska muzyka ma się teraz lepiej niż kiedykolwiek. Zgadzasz się z tym? Jeśli tak, jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy?

To bzdura lansowana na potrzeby promocji gazet i agencji. Muzyki jest ile było, tylko dostęp do niej jest większy.

Wraca moda na prasę muzyczną – jest Noise, Gazeta Magnetofonowa, Lizard i jeszcze kilka innych, bardziej podziemnych pism. Nie sądzisz, że to trochę reanimowanie trupa? Że ludzie i tak wolą Internet i w końcu im się te magazyny znudzą?

Z prasą muzyczną jest trochę jak z płytami winylowymi. Są ludzie, którzy lubią szelest papieru, sam do nich należę. Oczywiście, w dobie Internetu, nie wrócą dawne nakłady, ale życzę jak najlepiej tym gazetom.

Myślałeś o tym, aby reaktywować Antenę Krzyku jako portal lub magazyn?

Był kiedyś pomysł na portal, ale wiesz… Ci co robili Antenę/pismo to dziś panowie po pięćdziesiątce, w najlepszym wypadku po czterdziestce. Nie ma już czasu na pracę dla idei. Pojawił się ostatnio pomysł na portal, który mamy współtworzyć z Krzyśkiem Grabowskim z Dezertera, ale sza… By nie zapeszyć.

Co sądzisz o sytuacji, w której wytwórnie płytowe wydają własne magazyny? Dawniej działało to podobnie w przypadku Anteny Krzyku, ale przeglądając w Internecie skany co niektórych numerów mam wrażenie, że staraliście się być obiektywni i opisywaliście po prostu to, co było według was najciekawsze. Dzisiaj – obawiam się – nie działa to w ten sposób.

Natchniony Traktor

Natchniony Traktor

Jak startowaliśmy z Anteną to podstawowym założeniem było to, by gazeta nie była ramieniem promocyjnym wydawnictwa płytowego. Nawet pisząc o „naszych” artystach staraliśmy sie wybierać tych, którzy byli istotni nie tylko dla nas. Teraz, czy to pankowy fanzin, czy kolorowy magazyn dostępny w sieciach sklepowych, jest inaczej. Przeglądam te czasopisma i widzę, że to w zasadzie katalogi reklamowe. Na szczęście, istnieją też gazety, które nie są bezpośrednio powiązane z wytwórniami, mają inny modus operandi, czasem dla mnie mało zrozumiały (jak Gazeta Magnetofonowa) czasem taki, któremu kibicuję (Noise), ale nie są jedynie reklamą wydawnictw.

Myślisz, że muzyka przed czasami ogólnie dostępnego Internetu znaczyła dla ludzi więcej?

Nie wiem czy to kwestia Internetu czy kwestia zmiany gadżetu, który wypełnia ludziom czas wolny. Dziś młodzi ludzie zasypywani są taką ilością śmieci, ze muzykę i literaturę traktują jak jeden z nich.

Internet zmienił sposób w jaki słuchamy muzyki. Co sądzisz o portalach streamingowych?

Wcześniej mówiłem o tym, że to świetne narzędzie do promocji muzyki. Niestety, świadomość odbiorców jest niewielka i nie chcą płacić czy za streaming, download czy nośniki, więc artyści i wydawcy cierpią na tym finansowo.

Nigdy nie kusiło Cię, aby założyć własny zespół?

Ha, ha, ha, ha… Dwa razy byłem w zespołach. Jeden z pierwszych polskich zespołów hardcore – Natchniony Traktor – był pierwszy, a potem gdy zafascynowani byliśmy sceną z Chicago zrobiliśmy z kolegami zespół Wyznania Zbuntowanego, o którym mówiono, że to polski Big Black.

Jakie plany na przyszłość? Jakie perspektywy rozwoju?

Jak widać, robi się sporo winylu, pozyskałem dystrybutorów w kilku krajach i tak widzę najbliższą przyszłość. Krok po kroku kolejne kraje.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum/Michał Sitkiewicz(portret)