…A NOŻYCE SIĘ ODEZWĄ – Anatomia fana

Chciałbym pozwolić sobie na krótki dyskurs z redaktorem Michałem Spryszakiem na temat oceny zachowania fanów wobec swoich ulubionych artystów, który to poruszył w trzecim odcinku cyklu „Get In The SKM” opublikowanego na łamach Violence Online. Jego podjęcie w tym właśnie miejscu i czasie uzasadnia fakt, że luźną inspiracją do napisania felietonu „Światło odbite” było moje zachowanie względem Einara Solberga – wokalisty Leprous przed ich koncertem w Gdańsku. Na potrzeby tego felietonu nie pozwoliłem Johnowi Rambo pozszywać moich ran zadanych przez przyjaciela; przypatrzcie się – oto Wasz Robert De Niro z filmu „The Fan”.

Być może mój szanowny kolega trafnie diagnozuje przyczynę reakcji fana (zdjęcie, uścisk dłoni, podziękowanie) na spotkanie z artystą: potrzeba świecenia odbitym światłem, uszczknięcia kawałeczka sławy, czytaj: dowartościowania się. Pomijając tutaj także aspekt łowiecki, którego instynkty są skutecznie tłumione przez cywilizację (a w taki sposób może być on również zaspakajany – zdobycie zdjęcia, autografu), myślę, że w zdrowym ujęciu (ufam, że chociaż czasami prawdziwym) zachowanie niektórych (dojrzałych) fanów (oksymoron?) powodowane jest zwykłym pragnieniem uściśnięcia dłoni, podziękowania osobie, która dzięki jej muzyce czyni Twoje życie odrobinę fajniejszym, ciekawszym. To chęć pokazania artyście, że potknął się o kolejną (może pierwszą a może tysięczną) osobę, która docenia jego twórczość i nie jest kolejną cyferką w statystyce sprzedaży płyt, a organizmem, na którego artysta realnie oddziałuje. To krótki, niekoniecznie zwerbalizowany przekaz: „Jestem tu dla siebie i ciebie, robisz to świetnie i chociaż cię nie znam, przez swoją muzykę jesteś mi na swój sposób bliski”.

Taka sekwencja emocji i opinii prowadzi do takich „fanowskich” zachowań jakie miały miejsce z moim udziałem. Gdzie jest tu zatem wskazane przez M. Spryszaka „bałwochwalstwo”? Zastanawiam się, która ze składowych tej sekwencji zasługuje na deprecjację (choć mój adwersarz skrzętnie przyznał się do takich emocji za młodu). Jakkolwiek z dalszej perspektywy może układać się to w zbiór nieco infantylnych zachowań, przejawiających się w jakimś wyidealizowaniu artysty czy poszukiwaniu autorytetu, nie odbierajmy pragnienia zaspokojenia takiej potrzeby pacjentowi. Nawet powierzchowna próba skonfrontowania wyobrażeń o artyście z „tu i teraz” stanowi przejaw zaspokojenia zdrowej ciekawości i nie dewaluowałbym takich pobudek tylko dlatego, że w praktyce twój partner czy przyjaciel mogą być osobami znacznie ciekawszymi i bardziej wartościowymi niż podziwiany wykonawca. Takie zachowanie nie wyklucza przecież zauważenia, że obok ciebie stoi osoba warta większej uwagi. Jedynie wyjątkowość chwili przenosi ciężar zainteresowania na obiekt nieco bardziej ekskluzywny w danym momencie.

 dowód rzeczowy - autor z wokalistą Einarem

dowód rzeczowy – autor z wokalistą Einarem

 Mogąc tylko przyklasnąć tezie autora „Odbitego światła” o często iluzorycznej wyższości gwiazd nad zwykłymi śmiertelnikami (zarówno w kwestiach artystycznych jak i czysto ludzkich), protestuję jednak przeciwko ukazywaniu „fanowskich” zachowań właśnie w takim ujęciu. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby doprowadzić do ostatecznego starcia między sąsiadem, który pilnuje twojego psa i Robem Halfordem, którego częścią życiorysu niekoniecznie chciałoby się być. Gdyby na USCSS Nostromo została tylko jedna jednoosobowa kapsuła ratunkowa, dylemat „Karl Sanders czy wuj” byłby niedorzeczny (bynajmniej nie dlatego, że Karl do kapsuły po prostu się nie mieści). Przecież szyderczy śmiech red. Spryszaka milszy jest mym uszom niż rechot wszystkich Kingów Diamondów i Abbathów razem wziętych. Tak postawiony „problem” przedstawia „everyfana” – osobę upośledzoną na skutek niedostrzegania jednej rzeczy, co do której zgadzam się z moim szanownym adwersarzem – otaczają nas zwykłe-niezwykłe postacie. Tak więc jestem przeciw, a nawet za.

Usprawiedliwiał się Kuba Kolan