TIDES FROM NEBULA – stawiamy wszystko na jedną kartę

Lądy i morza przemierzam, kulę ziemską z otwartym czołem. Polski mam paszport na sercu. Skąd, pytam, skąd go wziąłem? A wziąłem go z dumy i trudu, ze znoju codziennej pracy…”  I w tym miejscu popularny cytat z „Misia”, jak ulał pasujący do pracowitej, warszawskiej załogi, musi być zmieniony, bo z żelazem i węglem muzyka Tides From Nebula niewiele ma wspólnego. Zespół intensywnie wojażuje po Europie, promując swoją instrumentalną muzykę, powstającą gdzieś na pograniczu post rocka i progresji. Wprawdzie najnowszym wydawnictwem jest tylko pojedynczy utwór „Hollow Lights”, jednak nie omieszkałem przy tej okazji skreślić kilku pytań do zespołu. Na razie zatem krótkie przypomnienie o grupie w naszym dziale Shark Atttack; na dłuższy wywiad przyjdzie czas przy okazji dużej płyty… Na pytania mailowo – oczywiście z hotelu w Portugalii – odpowiedział Maciej Karbowski. 

 

 

Tides zrobił dość błyskawiczną karierę – pierwsza płyta wydana własnym sumptem, potem wznowienie przez Rockersa a teraz już Mystic – jakie są blaski i cienie takiego życia „na spinie”?

Nie do końca rozumiem, co masz na myśli. Raczej nie skupiamy się na presji, która gdzieś się po drodze pojawiła. Robimy swoje, tak jak chcemy i idziemy śmiało do przodu.

Druga płyta ujawniła wasze skłonności do rozbudowywania muzyki po nieco progresywnej linii. Czy faktycznie tuzy rocka progresywnego stają się waszymi mentorami i inspiracją?

stawiamy wszystko na jedną kartę

stawiamy wszystko na jedną kartę

Czerpiemy inspirację ze wszystkiego, co nas otacza, nie tylko z muzyki i na pewno nie z konkretnych gatunków. Miło natomiast, że ludzie dostrzegają w naszej muzyce tyle skrajnie różnych klimatów. Oczywiście, wszyscy kochamy Pink Floyd, ale kto oprócz Johnny’ego Rottena ich nie słucha, prawda?

W tym momencie promujecie kawałek „Hollow Lights” – czy można traktować go jako wyznacznik kierunku, w jakim będzie zmierzać Wasza muzyka?

Ciężko powiedzieć, na pewno chcemy liznąć trochę bardziej piosenkowej formy, ale rezultat w postaci trzeciej płyty wciąż jest dla nas samych niewiadomą. Ktoś pewnie się obrazi, ale ktoś inny z kolei powinien znaleźć coś nowego, czego nie było na poprzednich dwóch albumach.

Instrumentalny rock to trudna sztuka, bo by utrzymać uwagę słuchacza, trzeba w takiej konwencji bardzo mocno się starać – co dla Was jest takim czynnikiem, rekompensującym brak wokalisty? Czy po latach pracy jesteście nadal przekonani, że głos nie jest Wam potrzebny?

Tak jak pisałem wcześniej, robimy swoje, a jedynym założeniem jest to, by tworzyć muzykę, którą sami lubimy i której sami chcemy słuchać. Skład zespołu zamknięty, nikt z nas nie śpiewa, nie sądzę, żeby wokalista był potrzebny, tak więc nadal jesteśmy przekonani, że to właściwy kierunek.

Tides to zespół szaleńczo wręcz koncertujący – teraz jesteście właśnie po pierwszej, europejskiej części trasy koncertowej. Jakie są Wasze odczucia, gdzie graliście i jakie wspomnienia są warte, by je w tym wywiadzie przytoczyć?

Właśnie odpisuję z hotelu w Portugalii, jest ciepło i słonecznie. Myślę, że każdy z nas ma poczucie, iż spotyka go coś wyjątkowego i warto cieszyć się każdym momentem na trasie. Niewiele kapel ma szansę koncertować poza granicami własnego kraju, zdajemy sobie sprawę jakie szczęście nas spotkało. Przygód jest sporo, ale wolałbym zostawić do dla siebie…

Czy taka ilość koncertów może sugerować, że jesteście w stanie utrzymać się już tylko z grania, czy to po prostu postawienie wszystkiego na jedną kartę?

Oprócz grania w TFN nie mamy innej stałej pracy. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę.

Jakie plany stawia przed sobą Tides, jak już zakończy się grudniowa część wojaży po Polsce – jakie macie pomysły na następny rok?

Plan jest dosyć konkretny, w czerwcu wchodzimy do studia, we wrześniu wydajemy trzeci album, a następnie gramy tyle koncertów, ile tylko zdołamy…

Spisał Arek Lerch

Foto koncertowe: Anna Bursztynowicz