THE SIN COMPANY – czysty rock’n’roll

Z Dywanem, basistą i jednym z kompozytorów nowego projektu The Sin Company rozmawiamy o kulisach założenia tylko w cudzysłowiu nowej grupy, promującym klipie oraz o planach na nadchodzącą – i kto wie – być może świetlaną przyszłość.

 

Kiedy ogłosiliście na facebooku, że kręcicie nowy obrazek do singla myślałem, że Mouga wreszcie zabrała się do pracy. Okazuje się, że pogrzebaliście tamtą nazwę (jak i cały dotychczasowy dorobek) na rzecz startu od zera, ale przepełnieni zdobytym doświadczeniem i bogaci w liczne nawiązane kontakty. Zatem, co zadecydowało o restarcie i dlaczego akurat „The Sin Company”? Przynajmniej dwóch z was ma trochę za uszami jeśli chodzi o chlanie, ale żeby od razu afiszować się z grzechem w roli głównej…

Z zamiarem zmiany nazwy nosiliśmy się już od bardzo długiego czasu. Głównym powodem było napisanie całego nowego materiału od początku. Zadecydowało o wszystkim m.in.481363_417246351701557_1036005473_n podziękowanie drugiemu gitarzyście Przemkowi za współpracę. Doszliśmy do wniosku, że trzonem Mougi byliśmy we trójkę – ja, Stepol oraz Koniu i głównie pisaliśmy materiał pod umiejętności „drugiego gitarzysty”. Ciągłe kompromisy były męczące. Oczywiście, wiele wnieśli i też dużo się nauczyliśmy od nich ale to było duszenie się. Nowy materiał okazał się przebojowy w melodyce oraz w kompozycjach. Lekki i śpiewny, ale z rockowym powerem. Wydanie takiego materiału pod szyldem Mouga można porównać do porodu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że właśnie Twoje dziecko urodziło się „czarne”! Pewnego dnia powiedzieliśmy: „Zostawmy to co było i nie ma co tego męczyć. Weźmy nową nazwę The Sin Company (Stepol jest ojcem tej nazwy) i zerwijmy wszystkie kontrakty, które mamy na rzecz nowych”. Bo Mouga była wydana w chwili kiedy w Polsce jeszcze nikt nie jarał się taką muzą. Po prostu nie wpasowaliśmy się w czasie tak jak chłopcy z Moja Adrenalina.

Klip powstał dość spontanicznie i z udziałem fanów nie ukrywajmy  – zarówno Mougi jak i drugiego projektu God’s Gotta Boyfriend, którego Ty akurat nie tworzysz. Skrzyknięta za pomocą facebooka „żywa” publiczność wg mnie świetnie się spisała. Poza tym, ekipa z którą współpracowaliście to sprawdzeni ludzie, więc efekt już z góry powinien być zadowalający. Nie myśleliście jednak aby pokusić się o więcej wątków fabularnych?

Ha! Ekipa, którą zaciągnęliśmy do pracy jest dobrze nam znana. Współpracowała z nami przy realizacji dwóch singli zespołu Mouga. Cholernie dobrzy są. Z góry polecam każdemu współpracę z Garage Made Video bo oni czynią cuda. Fabuły brak, ale jest mała, ukryta metafora w tym całym teledysku. Wszystko zdradza konferansjer mówiąc że miała zagrać „Gwiazda” a jednak coś innego będzie w zastępstwie. To nawiązanie do zerwania z naszą muzyczną przeszłością. Koniec końców jest taki, że ludzie dają się przekonać i wiwatują. Przed nami w planach i w realizacji kolejne teledyski, które niebawem będą się ukazywać jeden po drugim. Chcemy przed wydaniem płyty, która już jest nagrana zaatakować media i Internet grubo i na poważnie.

„Wanted! Dead Or Alive” to singiel z nadchodzącej EP. W odniesieniu do dokonań Mougi – choć wiadomo, że to Wy – jednak jest nieco mocniejsze granie. Choć, nie mam pojęcia jak brzmi reszta materiału. Kiedy EP będzie dostępna do odsłuchu? Materiał wydacie sami czy pozwolicie aby ktoś zajął się dystrybucją?

Może nie mocniejsze, ale to bardziej rockowy, rasowy wp… Mouga obijała się o metal, post-hc itd. A The Sin Company to czysty rock and roll. Reszta materiału jest utrzymana właśnie w takiej stylistyce. Totalnie inaczej podeszliśmy do tego materiału. Koniu zmienił sposób śpiewania. Postawiliśmy na żywe brzmienie bębnów bez  jakiegoś samplowania podczas sesji w studio. Bas był nagrywany zupełnie inaczej, przy zastosowaniu nowego, nietypowego podejścia. Gitary tak samo. Chcieliśmy uzyskać naturalne brzmienie z własnym charakterem i wydaje mi się, że jest zadowalający efekt. Na płytę jeszcze poczekamy, ponieważ wcześniej wizualnie poprzez teledyski oraz radia zaatakujemy, zbierając nową rzeszę fanów. Chcemy się mocno nastawić na zagranicę. Będziemy w głównej mierze szukać tam wydawcy.

Wielokrotnie z Mouga występowaliście jako gość przeglądów, konkursów i festiwali – nie rzadko uprzednio takowe wygrywając. Co wyniosłeś z takich eventów?  Skoro je wygrywaliście to nie mogły być ustawione, choć jak sam wiesz, przeważnie tak właśnie się dzieje…

No właśnie… nie wszystkie oczywiście festiwale rządzą się prawem „Mam bogatego tatę, wiec mam znajomości” ale tak… Prawda jest taka, że niestety dużo (i to tych naprawdę dużych) festiwali działa na zasadzie „ktoś kogoś zna”, czy „ktoś kogoś wcześniej polecił”. Smutne to jest. Bo czasami graliśmy z super bandami, które miotły scenicznie a w ostatecznym rozrachunku wygrywał zespół z jakiejś mieściny śpiewający o krasnoludach (to wydarzyło się naprawdę!). Wiesz, nie tylko festiwale, ale wszystkie inne media również rządzą się prawem „znajomości”. Możesz grać super koncerty i być super. Jak nie masz „pleców” to możesz ładnie pocałować swoją gitarę i odłożyć ją do futerału. Jest i druga strona medalu. Warto jechać i spróbować zagrać  na takich imprezach, bo gdy wygrasz jest o tobie głośno i można nabyć nowe znajomości/kontakty które kto wie… przyniosą z czasem pozytywne znaczenie w pozycji zespołu na rynku muzycznym (jeżeli takowy mamy w Polsce?! )

Idąc tropem ustawiania pewnych rzeczy, z pewnością w czasie – nie ukrywajmy, mniej lub bardziej spektakularnej kariery, mogłeś zetknąć się ze zjawiskiem pay-to-play. Oferowano wam coś takiego? Co o tym sądzisz?

The Sin Company

The Sin Company

Hmmm… nie przypominam sobie by ktoś kazał nam płacić za udział czy to w koncercie czy wspólnej trasie koncertowej. Jeżeli już takie propozycje się pojawiały to dziękowaliśmy ładnie.  Jedynie mówiono, że jeżeli chcemy grać, to dojeżdżamy we własnym zakresie, na własny koszt i nic nie otrzymujemy w zamian za granie. Oczywiście, zgadzaliśmy się sporadycznie na takie warunki, ponieważ wiedzieliśmy, że konsekwencją będzie pokazanie się oraz podniesienie rangi zespołu w mediach etc. Wiem, że takie zjawisko jak pay-to-play jest normalne na scenie zagranicznej. Że suporty utrzymują duże zespoły. Nie ma już tylu zespołów, które są w stanie zapełniać stadiony, które mają status światowej gwiazdy. Gdzie dorabiają się takiej ilości kasy, że nie wiedzą co z nią zrobić. Teraz wytwórnie wyłapują zespoły „na chwilę”. Jest boom na metalcore – takich zespołów są miliony. Nie zdążysz się nastroić na scenie a już wszyscy jarają się dubstep’em i tak dalej i tak dalej. Ja czekam, aż dojdzie do wielkiego nasycenia i to wszystko ładnie pierdolnie i znów zaczną się liczyć konkretne wartości muzyczne i konkretni muzycy. Historia lubi zataczać koło.

Od paru lat jesteś endorserem sprzętu firm Taurus oraz Mayones. Z czym wiążą się takie kontrakty? Aby rozwiać wątpliwości młodych muzyków – czy osoba, która zostaje endorserem marki ponosi koszta? Czy aby na pewno jest to korzystne dla muzyka?

To świetna sprawa bycie endorserem danej marki. Ja mam przyjemność należeć do grona świetnych polskich firm robiących światowej klasy sprzęt. Jestem cholernie zadowolony. Cieszę się, że w moim kraju jest taka możliwość i nie ma w tym ściemy! Wiem też, że wielu młodych adeptów sztuki basowej boi się kupować to co polskie! Dla mnie to absurd! Kontrakty mówią o tym by promować z dumą sprzęt, którego jest się posiadaczem w danym okresie a czy ponosi się koszta z tego tytułu?! Nie. Niedawno podpisaliśmy umowę z nową firmą, która wchodzi prężnie na rynek zagraniczny. To też polska firma o nazwie HESU. Robi dobre paczki gitarowe (co widać na klipie), świetne kable a dla naszego pałkera uszyli pokrowce na bębny. Niech każdy muzyk dąży do bycia endorserem.

Czego młodzi ludzie powinni się wystrzegać kiedy zakładają zespół? Zwłaszcza, jeśli żyją w naszym kraju, w którym panuje mentalny i muzyczny zaścianek o czym wielokrotnie zdążyliście się przekonać. Fala negatywnej (i nie do końca prawdziwej) krytyki może znacząco podciąć skrzydła młodym adeptom alternatywnego grania?

Co mogę powiedzieć – jeżeli śpiewasz po angielsku a nie po polsku i nie grasz jak Coma czy Happysad (oczywiście nikogo nie obrażając) to nie dorobisz się niczego. Przynajmniej w naszym kraju! I to jest cholerna rzeczywistość. Krytyka jest potrzebna, więc nie ma się co do tego zrażać. W Polsce mało kto w ogóle jest z czegokolwiek zadowolony. My jesteśmy tego przykładem – mimo, iż jest mega ciężko nie poddajemy się i ciągle szukamy nowych rozwiązań.

Co zaś powinno ich motywować do działania? Nisza, którą mogą zapełnić?

Ja to zawsze powtarzam. Spójrzcie na kapitalny zespół Behemtoh! Im się udało i żyją z tego! Więc jeżeli im się udało to czemu mi się ma nie udać?!

Dzięki za Twój czas i do zobaczenia na nadchodzących koncertach. Ostatnie słowa dla Ciebie.

Zapraszam wszystkich gorąco na nasz profil FB na którym ciągle pojawiają się nowe zdarzenia. Zapraszamy na zbliżające się koncerty i pozdrowienia ślę w imieniu całego THE SIN COMAPNY

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor