THE JOHN DOE’S BURIAL – Hejterzy śpiewanych refrenów

Należymy do starej szkoły – mówi mi Plasma, wokalista The John Doe’s Burial. Jeśli istnieje coś takiego jak old school modern death metal (dla opornych może być old school deathcore), to ta piotrkowska formacja jest wyróżniającym się reprezentantem tegoż. Bez melodyjek, bez słodkich treli… Taki jest także nowy album grupy, „No Gods, No Masters”, który już wkrótce doczeka się oficjalnej premiery.

Co sprawiło, że musieliście wyprawić Johnowi Doe pogrzeb i zakończyć działalność pod starym szyldem?

Sytuacja zawodowa zmusiła naszego ówczesnego wokalistę do odejścia z zespołu w momencie, gdy mieliśmy już zaklepany termin w studiu na nagranie ep-ki „Threnady”. Stwierdziliśmy, że skoro materiał jest gotowy, to ja przejmę jego rolę, zwłaszcza, że już wcześniej byłem drugim krzykaczem. Po przesłuchaniu gotowego nagrania, okazało się, że zmianie uległ nie tylko wokal. Poszliśmy w cięższą stronę, przestroiliśmy niżej gitary… Ogólnie zrobiło się bardziej deathmetalowo. I tak wraz ze zmianą charakteru grupy, z John Doe zrobiło się The John Doe’s Burial.

W czasach John Doe wyraźny był jeszcze hardcore punkowy rdzeń waszej muzyki. W jakich okolicznościach zaczęliście zbliżać się do deathcore’a?

Początkowo ograniczały nas umiejętności. Nie chcę niczego ujmować kapelom grającym hardcore punka, ale my zawsze przejawialiśmy zacięcie do grania death metalu. A że Łódź i okolice stoją hardcore’em, to graliśmy sporo na punkowych koncertach. Sama zmiana brzmienia nie była zaplanowana. Po prostu z kawałka na kawałek robiło się coraz ciężej i brutalniej. Pojęcie „deathcore” nawet wtedy jeszcze nie funkcjonowało. Dopiero kiedy w 2008 roku wydaliśmy album „John Doe”, ktoś napisał o nim: „polskie The Black Dahlia Murder”. Bardzo nas to połechtało, ale nie jaraliśmy się jakoś mocno sceną deathcore’ową. Dla nas to był po prostu metalcore z dużą ilością blastów, a my szliśmy w stronę death metalu. Trochę trwało, zanim dojrzeliśmy, ale w tym momencie robimy to, co zawsze chcieliśmy robić.

Wielu wykonawców kojarzonych niegdyś z deathcore’em odcina się od tej łatki chyba także dlatego, że dziś przywarła ona do grup nie mających nic wspólnego ani z hardcore’em, ani z death metalem. Wy też nie staracie się aby odciąć od tego trendu?

Trochę tak, bo ta łatka może szkodzić. Kiedyś deathcore kojarzyłem z kapelami typu Despised Icon, u których ewidentnie czuć było hardcore’ową nutę, a jednocześnie sporo było blastów i deathmetalowej brutalności. Teraz mam wrażenie, że z deathcore’a została sama nazwa, coraz częściej odnosząca się już wyłącznie do ubioru. Zdarza mi się, że słucham jakiegoś bandu – o, fajny death metal, całkiem nowoczesny, a w każdym razie nie jest to Cannibal Corpse – po czym wchodzę na jego stronę, a tam stoi jak byk „deathcore”. Granice się zatarły i dlatego wiele kapel, łącznie z nami starają się od tego odciąć. Zresztą, ile zostało z hardcore’a na płycie „No Gods, No Masters”? Niewiele – bardziej duch, niż same dźwięki.

Hejterzy śpiewanych refrenów

Hejterzy śpiewanych refrenów

A propos albumu… Gotowy jest od jakiegoś czasu, a oficjalnej premiery nadal nie było. Dlaczego?

Premiery faktycznie nadal nie było. Jeszcze w ubiegłym roku udostępniliśmy tylko wideoklip do kawałka „Dead End”. Chcemy, aby płyta zaistniała w mediach. Mamy ją gotową w wersji fizycznej, ale wstrzymujemy się z dystrybucją czy wrzucaniem całego materiału na Youtube. W kwietniu powinno to ruszyć.

Płytę wydajecie DIY. Nie szukaliście wydawcy?

Nie, zupełnie porzuciliśmy tę drogę. Po co kapele szukają dziś wydawcy? Czego się spodziewają? Opcji zagrania piętnastu czy dwudziestu koncertów na świecie? Wielu o tym marzy, ale nie każdy gotów jest się poświęcić realizacji tych planów. My mamy już swoje lata oraz zobowiązania zawodowe, dlatego nie jesteśmy w stanie zaangażować się w zespół na sto procent. Wciąż gramy koncerty, mamy z tego radochę, pracujemy nad kolejnym materiałem i… robimy to tak naprawdę dla samych siebie. Nadal zdarzają się strzały takie jak ubiegłoroczny wyjazd na Bloodstock, które niesamowicie nas napędzają. Radzimy sobie dobrze bez wydawcy i raczej tak już zostanie.

Podkreślacie, że pieczę nad brzmieniem „No Gods, No Masters” sprawował Arek „Malta” Malczewski. Pytanie tylko czy niezależnym zespołom potrzebny jest dziś markowy producent? Często pojawiają się głosy, że płytę można nagrać w domu na kompie i zabrzmieć świetnie. Warto inwestować duże pieniądze w studio?

O ile robi się to dla siebie, to warto. Umówmy się, przeciętny słuchacz nie zauważy różnicy, a może nawet bardziej spodoba mu się brzmienie osiągnięte na domowym komputerze, bo okaże się czystsze i z większym pierdolnięciem. My jednak należymy do starej szkoły – wychodzimy z założenia, że nic nie zastąpi studia, producenta, żywych garów ani gitar nagranych przez paczki i prawdziwy mikrofon. Zależało nam na zatrudnieniu Malty, aby album brzmiał deathmetalowo, a nie plastikowo. W ostatnich kilku latach zapanowała tendencja do nagrywania czystych, sterylnych, czasem aż zbyt wymuskanych płyt. My chcieliśmy zachować nowoczesną konstrukcję, ale z mocnym i nieco przybrudzonych soundem. Z naszej perspektywy mogę więc powiedzieć, że producenta nie zastąpi nic. Jeśli chcesz być naprawdę dumny z nagrań i wiedzieć, że wszystko zostało wklepane przez człowieka, a nie przez maszynę, to studio jest podstawą.

Jest w Polsce kilka takich grup – dość wymienić was, Cerbera, Spirit czy The Sixpounder – działających gdzieś pomiędzy sceną DIY a przemysłem muzycznym. Czy twoim zdaniem to właściwa droga? Nie lepiej konsekwentnie działać w podziemiu i tam rzeźbić swoją niszę?

To trudny temat, ale myślę, że większe balety są potrzebne. Jeszcze jako John Doe graliśmy sporo typowo podziemnych koncertów i wyrobiliśmy sobie tym pewien szacunek u ludzi. O ile nie robisz czegoś pod publiczkę, np. śpiewanych refrenów, których jestem znanym hejterem (śmiech), to nic nie stoi na przeszkodzie wystąpić dla większego grona odbiorców. Wydaje mi się, że każda droga jest dobra. Czy mniejsze, czy większe koncerty – po prostu trzeba je grać.

Poza unikaniem śpiewanych refrenów, na co jeszcze stawiacie przy tworzeniu nowego materiału?

Na prostotę – i przekazu, i formy. Jeszce parę lat temu mieliśmy fazę, aby się ścigać, wkładać do muzyki więcej technicznych rzeczy, teraz jednak celujemy w koncertowe pierdolnięcie. Kiedy nagrywaliśmy „No Gods, No Masters”, to atmosfera w studiu była tak fantastyczna, że świetnie się bawiliśmy i mam nadzieję, że jest to słychać. Prostota i moc przekazu – to podstawa.Live

Swego czasu brałeś udział w reaktywacji waszej lokalnej legendy, Alienacji. Jak oceniasz jej ostatnie nagrania przed „śmiercią”? Album „Blades Shall Speak” znacznie wyprzedzał rodzimą scenę…

Zdecydowanie! Alienacja wyprzedzała o głowę wszystko, co działo się w Polsce w tamtym czasie. Co jakiś czas wracam do tej płyty i uważam, że jest to kawał świetnego grania. Dwa lata temu dołączyłem do chłopaków na okoliczność reaktywacji. Szkoda, że nie udało się pociągnąć tematu dłużej, ale cały czas jestem z nimi w kontakcie. Póki co różne sprawy osobiste wzięły górę nad pracą w zespole. Furtka nie została jednak zamknięta, może wrócimy po raz kolejny.

Już wkrótce będzie was można zobaczyć na kolejnej edycji Vulgar Night, a więc imprezy, w której organizację jesteście zaangażowani.

Zgadza się. Vulgar to marka odzieżowa wspierająca zaprzyjaźnione Mania Studio. Od kilku lat współorganizujemy Vulgar Night w Piotrkowie, a każda edycja cieszyła się sporym powodzeniem. Kiedyś, gdy gwiazdą był Frontside, przyszło blisko pięćset osób, co jak na lokalne warunki jest prawdziwym sukcesem. W tym roku mamy również nadzieję na dużą frekwencję, bo jako headliner zagra Hate, kapela bardzo ceniona zarówno przez nas, jak i przez publiczność. Do tego poszerzyliśmy działalność i Vulgar Night odbędzie się również w Łodzi. Zapraszamy więc, 30 marca – Łódź, 31 marca – Piotrków Trybunalski!

Rozmawiał Sebastian Rerak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marek Maciejewski (koncert)