THE GREAT SABATINI – w cieniu Muppeta

Kanadyjski kwartet na pewno nie zagości w polskiej prasie muzycznej, bo zwyczajnie zginie wśród tysięcy propozycji, jakimi zalewani jesteśmy z każdej możliwej strony. Być może winą jest po części sama muzyka, która raczej nie wybija się ponad hałaśliwą średnią. Zwróciłem uwagę na zespół z dwóch powodów – po pierwsze, okładki Dog Years, która jest faktycznie zaskakująca w kontekście samych dźwięków oraz wyraźnego (wbrew temu co piszą w materiałach promocyjnych…) nawiązania do mojego ukochanego noise rocka z lat 90 – tych. Koniec końców, udało mi się przydybać zespół po powrocie z trasy, dzięki czemu możecie zerknąć na kilka poniższych odpowiedzi. W imieniu mieszkańców Montrealu, wypowiadał się mr Steve.

The Great Sabatini nie należy do zespołów, których historia obfituje w wydarzenia szczególnie znaczące czy przełomowe. Nie żałujecie, że nie możecie wpisać sobie do CV jakiegoś godnego uwagi dramatu?

Faktycznie, nie ma w ciągu tych kilku lat szczególnie drastycznych spraw. Na pewno były chwile, które zapadły mi w pamięć, np. wtedy, kiedy stanęliśmy przed kwestią wyboru życia –TGS band musieliśmy w pewnym momencie przestać ignorować fakt naszej przyszłości finansowej (śmiech). Takie chwile dla muzyków są bardzo złe. Okazuje się, że żeby przeżyć, musisz być kimś zdeterminowanym, a nie muzykiem. Żeby dbałość o sprawy rodzinne połączyć z muzykowaniem musieliśmy być cholernie konsekwentni i twardzi. Z czegoś musieliśmy zrezygnować. Wybór był prosty – przestajemy być aktywnymi kibicami Toronto Maple Leafs…

W materiałach promocyjnych piszą o Was jako o grupie wykonującej sludge metal, tymczasem ja słyszę tu miejscami czystej wody noise. Czujesz związek z noise’owym podziemiem lat 90 – tych?

Wszyscy jesteśmy nieodrodnymi dziećmi lat 90 – tych, temu nie możemy zaprzeczyć. Te wpływy w nas tkwią i to bardzo głęboko. Idąc dalej, możemy się zgodzić, że Helmet był zespołem najbardziej wpływowym w latach 90 –tych, tego nikt im nie zabierze. Ale było też sporo innych czynników, które kształtowały nasz zespół, dlatego nie mam nic przeciwko, że każdy po zapoznaniu się z naszą płytą usłyszy coś innego. Ma to swój urok.

Podrążę jednak ten temat – jeśli miałbyś wymienić te najbardziej influentne dla ciebie hordy z tamtej epoki – pomijając oczywiście Helmet – na kogo byś postawił?

Na dzień dzisiejszy wszyscy zgodzimy się co do dwóch nazw – The Melvins i Unsane…

Przejdźmy do okładki płyty, która jest… czasami odbieram ją jako żart. Na pewno nie jest to typowy dla hardcore’a i metalu obrazek. Wiążą się z nim jakieś ciekawe historie?

Ten obrazek jest naszą formą manifestacji miłości do muzyki i wszystkiego co się z nią wiąże. Często jest tak, że okładki są ponure, straszne i mam wrażenie, jakby ich twórcy nie lubili swojej pracy, muzyki itp. Nam z muzykowaniem kojarzą się głównie pozytywne rzeczy, radość i podniecenie. Uznaliśmy zatem, że Muppet będzie fajnym sposobem pokazania naszego podejścia do tematu – jest z jednej strony przyjazny ale i przerażający, nie? Chcemy powiedzieć, że nie jesteśmy zdołowani czy antyspołeczni. Lubimy się śmiać z głupich dowcipów i gównianych sytuacji. Nie bierzemy tego wszystkiego na poważnie, na zasadzie – „nie, nie możemy sobie pozwolić na żartobliwą okładkę”.

w cieniu Muppeta

w cieniu Muppeta

Właśnie wróciliście z trasy, na której, jak sam wspomniałeś, działo się na tyle dużo, że nie miałeś czasu odpisać na pytania – zdradź zatem, co wyprawialiście podczas tych dni?

Tak, trasa była świetna, udało się nam nieźle zabawić. Mamy niezły oddźwięk na naszą muzykę tu w Kanadzie. W zasadzie wszystkie koncerty były świetne, a szczególnie występy w Winnipeg, Vancouver i Calgary. Zupełnie inaczej jest w USA , pewnie dlatego, że mamy swoje nawyki i mamy swoją niszę w naszym kraju. Czy były jakieś kiepskie sztuki? Może koncert we Fresno, choć nie chodziło o sam występ, ale raczej o to, że jechaliśmy tam piętnaście godzin samochodem, co może zepsuć całą radość z grania. Słuchaj piętnaście godzin gównianej muzyki i używać w tym czasie twittera. Zwariujesz na bank (śmiech…).

Pomijając noise, znalazłem na waszej płycie także hardcore’owe strzały (np. „Guest of Honour”), czysty blues (“Akela”), ale ulubionym songiem pozostaje “Reach” – sposób, w jaki rozwija się ten kawałek to sama esencja alternatywy z lat 90 – tych. Co inspiruje Was do sięgania po tak różne style i rozwiązania? Jak wygląda praca nad muzyką?

Może to głupio zabrzmi, ale inspiruje nas wszystko. Jeśli coś nas cieszy – powstają riffy i pomysły na teksty, jeśli mamy doła, coś nas wkurza, też powstaje muzyka, choć może bardziej naładowana złością. Robimy to już bardzo długo, mamy doświadczenie, dlatego przekładanie naszych emocji, tego co dzieje się z nami na co dzień, na dźwięki, przychodzi nam stosunkowo łatwo, przynajmniej mamy takie wrażenie… Technicznie rzecz ujmując jest standardowo – każdy przynosi jakieś pomysły i riffy, które potem dostają kolorów za sprawą wspólnego grania, dopracowywania szczegółów. Wszystko co zrobimy, nagrywamy i te demówki pozwalają nam w miarę obiektywnie podejść do muzyki, wprowadzać poprawki, coś zachować na później itp. Oględnie rzecz ujmując, jesteśmy demokratycznym zespołem.

Na koniec zdradź nam, jakie macie plany na resztę roku?

Na razie relaksujemy się po powrocie z koncertowego młyna, choć domowy syf potrafi też dać nieźle w kość (śmiech). Mamy plan na małą wycieczkę do USA we wrześniu, powoli też przygotowujemy wypad do Europy, to będzie miało miejsce gdzieś w kwietniu 2015r. Dzięki za cierpliwość i pozdrawiamy wszystkich w Polsce!

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu