SOTHOTH ‒ Zemsta pogrobowca

Nie mieści się w głowie, że ten album miałby się w ogóle nie ukazać. Żal gdyby tak przygniatający materiał jak „Rise to Conquer” został na zawsze w szufladzie. Dziś po Sothoth nie ma śladu, bo grupa rozpadła się lata temu. Mimo wszystko jednak ślad zostanie, ponieważ muzycy w końcu wzięli się w garść i opublikowali drugi, pożegnalny album. Brutalny, energetyczny, techniczny death metal krakowskiej załogi, gdyby ukazał się, kiedy ukazać się miał, czyli w 2008 roku, z pewnością namieszałby. Teraz pozostaje docenić jego kunszt i po prostu cieszyć się miażdżącym ciężarem, techniką i agresją. W powrocie do przeszłości pomogli byli muzycy Sothoth: Daniel Kesler (gitara), Adam Pieczarkowski (perkusja) oraz Konrad Rossa (gitara).

Pytanie banalne, ale nie można go nie zadać. Dlaczego przez tyle lat „Rise to Conquer” leżało w szufladzie?

Daniel Kesler: Zespół przestał istnieć. Po nagraniu płyty każdy z nas poszedł w swoją stronę. Przeprawa z nagraniem, potem miks. Wszystko to trwało dwa lata, a potem nie było komu się tym zająć. No, ale w końcu jest. Dokonało się. Nie planujemy jednak powrotu zespołu, ani koncertów.

Adam Pieczarkowski: Każdy poszedł w inną stronę, zajął się swoim życiem i nowymi zajawkami, niejako pozostawiając Sothoth bez zainteresowania. Życie pokazało iż dopiero po latach mogliśmy na spokojnie wrócić do tematu i znaleźć chwilę, aby konkretnie pchnąć wydawnictwo do przodu, czyli do ludzi.

Opowiedz o procesie powstania „Rise to Conquer”. Materiał powstawał w pewnym sensie na raty. Gdzie, kiedy i z kim go zrobiliście?

DK: Materiał powstawał od 2006 roku, kiedy zostałem gitarzystą Sothoth. Graliśmy koncerty, robiliśmy kawałki na płytę. Po mniej więcej roku dołączył Konrad Rossa, dorzucił kilka swoich kawałków. I tak w 2008 roku weszliśmy do studia, żeby zarejestrować drugi album. Z sesji zachowały się gary, wokale i solówki. Rytmiki i bas zostały nagrane ponownie u Zwisha z Krakowa, a mix w studio IX. Finalnie płyta była już gotowa w 2011 roku.

Zespołu już nie ma, ale z pewnością pozostały wspomnienia. Co przychodzi Wam do głowy jak myślicie o Sothoth, jakie historie, anegdoty?

DK: W pewnym studio, podczas nagrania, realizator opowiadał nam o ludzkich kościach, które miał ukryte pod schodami w plecaku. Mówił, że dostał je na urodziny od jakiegoś koleżki. Nie wiedział co z nimi zrobić, więc je zatrzymał. Faktycznie, miał plecak wypchany takimi różnościami.

Konrad Rossa: To były beztroskie czasy. Myślę, że nie do końca wiedzieliśmy, co robimy na tej płycie. Dla mnie to była pierwsza, poważna sesja nagraniowa. Większość riffów napisałem jeszcze jako nastolatek. A propos, pamiętam jedną sytuację na koncercie w Zaścianku, rozgrzewałem się przed koncertem i ktoś z publiki krzyknął: „cudowne dziecko death metalu!” (śmiech). Chłopaki z Sothoth to wspaniali ludzie i cały czas utrzymujemy kontakt. Adam odwiedził mnie nawet ostatnio w Tajlandii, gdzie aktualnie mieszkam.

AP: To skończyło się tak dawno, że przy mojej sklerozie nie wiele pozostało w głowie. Anegdot jest co niemiara, natomiast większość z nich to jednak czasy, gdy oprócz mnie zespół tworzyły zupełnie inne twarze. Są to głównie wspomnienia z imprez, libacji, koncertów i młodzieńczej, metalowej adrenaliny. Na pewno najważniejszą dla mnie rzeczą z punktu widzenia pseudo-grajka jest fakt iż miałem okazję tworzyć dźwięki ze wspaniałymi muzykami. Mam tu na myśli przede wszystkim ogromne umiejętności i wielką świadomość twórczą. To bardzo mocno rozwinęło również mnie i dało doświadczenia, dzięki czemu mogłem na odpowiednim poziomie kontynuować swoją muzyczną przygodę w innych projektach.

Czy materiał z „Rise to Conquer” był grany na żywo? Czy jest jakaś szansa, że z okazji premiery płyty zagracie choć jeden koncert?

DK: Ostatni raz Sothoth wystąpił w Krakowie w klubie Zaścianek. To był styczeń 2008 roku, czyli parę miesięcy przed nagraniem płyty. Był taki pomysł, żeby zagrać razem po latach, ale nic z tego nie będzie. Z prostego względu – Konrad mieszka w Tajlandii.

Na płycie jest kilku gości, opowiedz o tym jak doszło do współpracy…

DK: Gościnnie wystąpił Piotr Kopeć „VX”, który jest odpowiedzialny za sample i syntezatory, a także Wacek „Vogg” Kiełtyka, który posadził solo do jednego z numerów. Piotrka znam jeszcze z czasów Atrophia Red Sun. Kiedyś poprosiłem go, żeby zrobił coś do naszych kawałków, które potem znalazły się na „Rise To Conquer”. Z Wackiem znałem się z pracy w sklepie muzycznym. Kumplowaliśmy się. Był dla mnie gitarowym guru. Jak tylko miałem gotowy jakiś numer, musiałem mu go puścić i zapytać, co o nim sądzi. Pewnego dnia zagadał do mnie: – mogę nagrać wam gościnne solo na płycie? Ja na to – serio? A on – byłby to dla mnie zaszczyt. Taka historia. Bardzo miło to wspominam. Czysto koleżeńska akcja.

Zemsta pogrobowca

Zemsta pogrobowca

Adam, death metal to wyjątkowo wymagający nurt dla perkusistów. Co z punktu widzenia perkusisty jest najważniejsze w tak szybkim i intensywnym graniu?

AP: Moim zdaniem źródłem sukcesu jest powrót do korzeni. Wspominasz o intensywnym i szybkim graniu. Ja proponuję mimo wszystko wrócić do wolnych temp, podstawowych rytmów, skupić się na odpowiedniej dynamice, prawidłowym osadzeniu każdego uderzenia i podstawach technicznych. Z biegiem czasu intensywność przyjdzie sama natomiast będzie ona poparta prawidłowymi podstawami. Oczywiście, nie można zapomnieć o metronomie i jak najczęstszym nagrywaniu własnych ścieżek. Odsłuchiwanie ich i ciągłe wyłapywanie błędów prowadzi w długim czasie do fajnych wyników. Jeżeli dodasz do tego lekkość i odpowiednią motorykę – efekt potrafi dodać skrzydeł i porządnie zmotywować. Na koniec dodam iż nie należy oszczędzać na sprzęcie, czym lepszy sprzęt tym mniej ograniczeń… mówiąc inaczej, co tanie to drogie.

Po rozpadzie Sothoth nie wyrzuciłeś pałek do kosza i założyłeś Drown My Day. Szykujecie jakiś nowy materiał?

AP: Dotychczas wypuściliśmy trzy ep-ki oraz w 2013 album „Confessions”. Mamy z chłopakami gotowe 2/3 materiału na nową płytę, która – znając nasze ślimacze tempo – ujrzy światło dziennie dopiero z początkiem 2016 roku. Nie spieszymy się, bawimy się muzą, staramy się zrobić coś innego, świeżego – na tyle na ile to oczywiście możliwe w ramach naszych umiejętności i doświadczenia muzycznego.

Konrad, po Sothoth grałeś w Cryptopsy, przeprowadziłeś się nawet do Kanady, jednak przygoda trwała krótko. Opowiesz o swoich doświadczeniach w zagranicznych zespołach?

KR: Po Sothoth grałem jeszcze w Decapitated, ale odszedłem po roku. Potem Decrepit Birth, i w końcu Cryptopsy. Najlepiej wspominam współpracę z Decrepit Birth. W tym zespole jest mało polityki i biznesu, liczy się muzyka, kumpelstwo i dobra zabawa. Już po kilku koncertach w Europie dostałem propozycję, żeby przeprowadzić się do Santa Cruz w Kalifornii i dołączyć do chłopaków. Niestety, ich management i firma prawnicza współpracująca z nimi nie byli w stanie pomóc mi z wizą, stwierdzając, że z prawnego punktu widzenia niemożliwe jest, żeby muzyk z Europy dołączył na stałe do zespołu z USA, nie ma takiej kategorii wizowej. Podejrzewam, że da się to obejść, ale potrzebne są zielone, których w tamtym czasie nie miałem. Na pierwszej trasie z Decrepit headlinerem było właśnie Cryptopsy. Flo Mounier, perkusista i założyciel grupy, usłyszał jak gram na gitarze na backstage’u. Kilka miesięcy później wokalista Matt zadzwonił do mnie, że jestem na liście gości na Metalfeście i musimy się spotkać. Wtedy dostałem propozycję, żeby dołączyć do Cryptopsy i zrobić z nimi nowy album. Kilka miesięcy później byłem już w Montrealu i powoli, z częstotliwością raz na tydzień, pracowaliśmy nad płytą. Po kilku próbach mieliśmy gotowe dwa numery, w których zdecydowana większość riffów była mojego autorstwa. Drugiemu gitarzyście to się nie spodobało. Zaczął lobbować na moją niekorzyść. Doprowadził do tego, że w pewnym momencie basista zniechęcony całą sytuacją opuścił zespół i w ogóle chłopaki rozważali rozwiązanie zespołu. W miarę szybko się uspokoiło, ale musiałem wrócić do Polski, żeby aplikować o wizę. Chris świetnie wykorzystał ten czas, namówił basistę do powrotu, ten z kolei dał ultimatum, że jeżeli ja wrócę do Kanady, on nie wróci do zespołu.

Jakiś czas temu wyjechałeś do Tajlandii, gdzie zacząłeś nowe życie. Z czego żyjesz, jak się tam mieszka?

KR: Przyjeżdżając do Tajlandii utrzymywałem się z uczenia angielskiego online. Grałem też trochę w Texas Hold’em. Zmiana strefy czasowej wpłynęła negatywnie na moją pracę (musiałem zarywać noce) i po dwóch miesiącach zacząłem uczyć angielskiego w prywatnej, tajskiej szkole. Wytrzymałem siedem miesięcy. Teraz pracuję nad muzycznym projektem i wracam do uczenia online. Nie wytrzymam długo mając szefa nad sobą, mam problemy z subordynacją. Życie w Tajlandii ma swoje dobre i złe strony. Jest sporo małych rzeczy, które potrafią wyprowadzić z równowagi, nazywamy to z Dawidem (ex-basistą Sothoth, który również mieszka w Tajlandii) daily disappointments: brak pojemników na śmieci na ulicach, stosunek części Tajów do białych (myślą, że jesteś chodzącym bankomatem), traktowanie pracowników jak niewolników, kłamstwo jako element rozwiązywania spraw itd. Z drugiej strony, na plus jest pogoda, turkusowe morze, tropikalne owoce i orientalne kobiety.

Czy Twoja przeprowadzka do Azji oznacza definitywny rozbrat z death metalem? To byłaby smutna wiadomość, biorąc pod uwagę, że uchodzisz za wyjątkowo uzdolnionego gitarzystę rytmicznego.

KR: Dziękuję bardzo za miłe słowa! Absolutnie nie. Mam teraz więcej czasu i energii na robienie muzyki, niż kiedykolwiek wcześniej. W tym momencie kończę ustawiać mojego Les Paula i nagrywam ścieżki na mój rockowy projekt, kontynuację utworu Lucid Dreaming. Pod koniec kwietnia pracowałem nad produkcją płyty w Krakowie z genialnym Kubą Żyteckim. Oprócz tego, jak tylko skończę nagrywanie rockowego projektu, zaczynam pracę nad death metalową płytą. Mam dziesiątki riffów, które zostały mi po Cryptopsy i nie chciałbym, żeby skończyły w szufladzie. Poza moją głową, nigdzie nie ma mojej muzyki. Chyba czas wyjść z cienia.

Czy Tajlandia to kraj, w którym widuje się na ulicy ludzi w koszulkach Slayera czy choćby Metalliki?

KR: Zdarza się. Tydzień temu widziałem typka w koszulce Satyricon, co mnie bardzo zdziwiło. Ogólnie większość to fani Slipknot, Linkin Park i tym podobnych zespołów młodzieżowych. W marcu w Bangkoku grało Arch Enemy, pod koniec kwietnia przyjeżdża Suffocation, coś się zatem dzieje.

Nie ma co ukrywać, na „Rise to Conquer” słychać wpływy brzmienia i stylu Decapitated. Jak ważna jest to kapela dla dzisiejszego oblicza death metalu?

KR: Myślę, że bardzo ważna, ze względu na „Nihility” i „Organic Hallucinosis”. To są dwie rewolucyjne płyty. Nikt tak wcześniej nie grał i nie brzmiał. Na pewno słyszę Decapitated w muzyce Soreption, moim zdaniem, jednej z niewielu kapel dzisiaj, które grają dobry death.

AP: Trudne pytanie, ponieważ przyznam szczerze iż kompletnie nie siedzę w scenie i tym, co dzieje się w death metalu XXI wieku. Zawsze będę wierny latom 90. i nic w świecie już chyba tego nie zmieni. Powracając do pytania, bardzo mi miło słyszeć takie porównania. Dokonania Decapitated bardzo się wyróżniają. „Organic” do dziś gości w moim odtwarzaczu i jest bardzo mocną pozycją. Nie wspominając o „Nihility” czy „The Negation”. Z tego miejsca dodam iż chylę czoła przed ekipą Wacka za to, jaki wkład wnosi w oblicze nowoczesnego death metalu i jak wiele osiągnęli.

Rozmawiał Adam Drzewucki

Zdjęcie: archiwum zespołu