SATELLITE BEAVER – niepoważny wizerunek i poważne pierdolnięcie

Satelitarny Bóbr jest stosunkowo młodym tworem na stołecznej scenie muzycznej. Nazwa sugeruje cokolwiek wesołe podejście do życia, jednak na tym kończą się dowcipy, bo muzyka zawarta na najnowszej ep – ce zespołu może poważnie uszkodzić mózg słuchacza. A jeśli komórki szare pozostaną bez zmian, na pewno będą problemy ze słuchem, w tym temacie odsyłam do recenzji płyty. Pomieszanie sludge/noise’owego zgiełku z lekkimi wpływami stoner rocka w brzmieniowo rozchełstanej oprawie może się podobać, bo zaiste kierunek działania jest słuszny. Mając na względzie zdecydowanie przyszłościowy charakter zespołu, postanowiłem już dzisiaj przedstawić go naszym czytelnikom. Czytajcie zatem i szukajcie „The Last Bow”, na własną odpowiedzialność, oczywiście…

 

Na początek słowo o historii zespołu – jak to się wszystko zaczęło?

Początki sięgają 2008 roku, gdy Tomek (gitara) i Szymon (gitara, wokal) stwierdzili, że czas porzucić cukierkowy pop na rzecz garażowego grania spod znaku Kyuss, Melvins, czy Alice in Chains. Wówczas uformował się pierwszy skład Satelitarnego Bobra, a pierwszy koncert – co pierwszy raz podajemy publicznie – odbył się pod nazwą „Dzióbaski”.

Skąd pomysł na „wesołą” nazwę zespołu?

Czysty przypadek. „Dzióbaski”, choć medialnie są niezwykle wdzięczną nazwą, nie do końca zgrywały się z obranym kierunkiem muzycznym. Tak więc pierwszy lepszy zlepek słów brzmiał właśnie „Satellite Beaver”. Miało być na chwilę, ale tak nam już zostało i przyjęło się na lokalnej scenie, choć po prawdzie – ta nazwa również przestaje oddawać kierunek, w którym dryfujemy.

Czy Satellite Beaver ma jakąś filozofię życiową, przekaz, ideały, czy chodzi tylko o zdrowe „łojenie”?

Każdy z nas ma swój pogląd na świat, teksty podobno też o czymś traktują (śmiech…), ale generalnie jako zespół przede wszystkim staramy się rozwijać muzycznie. Na tym się skupiamy. Ideologicznie, o ile można użyć takiego określenia, tworzymy specyficzny konglomerat niepoważnego wizerunku i poważnego pierdolnięcia.

Poruszacie się w stylistyce, która z pozoru wydaje się być łatwa, ale trzeba mieć to „coś”, co powoduje, że hałas zamienia się w muzykę. Udało się Wam owo „coś” znaleźć?

Trudno powiedzieć. Minęły praktycznie cztery lata od momentu założenia Satellite Beaver, a kierunek w którym podążamy co rusz nas zaskakuje. Na pewno klarujemy się brzmieniowo, lecz stylistycznie nie do końca. Wciąż poszukujemy, mimowolnie inspirujemy tym, czego każdy z nas na co dzień słucha i rzeźbimy w tym hałasie. Ile w tym muzyki – to kwestia indywidualna. Z biegiem czasu tężejemy – fizycznie i muzycznie. To pewne. Dokąd zmierzamy? Czas pokaże.

Atutem „The Last Bow” jest kurewsko monstrualne brzmienie. Dawno nie słyszałem płyty, która byłaby tak nagrana – w jaki sposób, przy pomocy jakich sprzętów czy obrzędów udało się coś takiego osiągnąć?

Przepis jest bardzo prosty: weź Dziablasa do masteringu (śmiech). Ten facet to prawdziwy, elektryczny czarodziej, szczególnie jeśli weźmiesz pod uwagę fakt, że jedynym w pełni profesjonalnie nagranym instrumentem na „The Last Bow” jest perkusja. W pozostałych przypadkach mieliśmy kuchnię, garaż, schowek na szczotki i parę innych interesujących miejsc, na wieść o których realizatorzy chowają się po kątach i błagają, by nie bić za mocno. Tymczasem dzięki mocnemu wsparciu wszystkich, zaangażowanych w powstanie „The Last Bow”, okazało się że wyszła z tego niezła petarda. Takiego monstrum chcieliśmy i choć oczywiście dałoby się poprawić parę detali, tona niskich rejestrów dobywająca się z głośników wywołuje na naszych twarzach szczere, słowiańskie uśmiechy.

Kiedy słucham tej płyty cały czas zastanawiam się, czy bardziej inspirował was sludge metal czy noise. Ekstremalność tych dwóch stylistyk ogniskuje się w bezkompromisowej formie gloryfikowania gitarowego przesteru. Czy dążycie do osiągnięcia swoistego rekordu agresji?

niepoważny wizerunek i poważne pierdolnięcie

niepoważny wizerunek i poważne pierdolnięcie

Piękne, kwieciste pytanie! Brzmienie jest wypadkową naszych upodobań muzycznych. Tomek ostatnimi czasy kompletnie wsiąkł w stoner doomy i nie zdziwimy się, jeśli niebawem kupi sobie kozła. Szymon od zawsze miał słabość do sprzężeń, fałszywych harmonii i innych rzeczy maskujących brak wyobraźni, a Robert (perkusja) stwierdził, że skoro wywala się na najprostszym rytmie, potłucze więcej w talerze aby sprawić wrażenie ekstremy. Serio rzecz biorąc, to wpływ na nas miał na pewno stary, dobry sludge, dużo grunge i stoner/doomu. Po prostu lubimy hałas, więc prawda leży po środku. To tak jakbyś jechał w towarzystwie Jerrego Cantrella na grzbiecie Kirka Windsteina ostrzyżonego jak Buzz Osborne.

W USA i paru innych krajach jest całkiem spora scena takiego psychodelicznego, zgrzytliwego odjazdu. Macie swoich faworytów, czy raczej mówicie „fuck idols”?

Upodobania nam się bardzo często zmieniają, ale na chwilę obecną to na pewno – Tomek:  Sleep, Bongzilla, Weedeater,  Simon: Alice in Chains, TAD i Electric Wizard,  Robert: Melvins, Clutch, Monster Magnet.

Całkiem ciekawie przedstawia się też grafika płyty – czy została przygotowana specjalnie dla Was czy skorzystaliście z jakiejś gotowej pracy?

Za tą okładką stoi w sumie całkiem ciekawa historia. Pewnego wieczoru Robert przeglądał prace różnych artystów na Deviant Art i trafił na Alexa Eckmana-Lawna. Spodobały nam się jego prace, podesłaliśmy mu materiał i daliśmy wolną rękę, tj. miał nam przedstawić obraz, który ma w głowie podczas słuchania „The Last Bow”. Po drobnych poprawkach mieliśmy wersję ostateczną okładki i jesteśmy z niej bardzo zadowoleni.

Ta ep – ka to tylko przedsmak tego, co możecie zaoferować – tak myślę. Jak wygląda praca nad całą płytą? Kiedy możemy się spodziewać efektów? Szukacie wydawcy?

Aktualnie, przede wszystkim szukamy nowej sali prób. Część materiału jest już gotowa, prace idą swoim własnym tempem, na razie na etapie szkieletów całych utworów, jamowania. Mamy nadzieję wejść do studia pod koniec tego roku, aby nagrać debiutancki longplay. Wówczas pomyślimy o wydawcy, bo choć już teraz dostajemy pewne propozycje, chcemy najpierw się rozejrzeć i silniej wypromować.

Plany na najbliższą przyszłość?

Koncerty, głównie zagranicą oraz praca nad materiałem. Tyle w zupełności wystarczy, aby zająć nam każdą wolną godzinę do końca roku i mamy nadzieję, że później również nie znajdziemy chwili wytchnienia.

Dzięki za wywiad!

 

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Tomasz Pikula/Paweł Wygoda