SAILOR’S GRAVE – wszystko zaczyna się układać

Krajowa scena metalcore może pochwalić się całkiem sporą gamą zespołów poruszających się w tej wciąż młodej stylistyce. Wiele z nich z biegiem czasu rozwinęło znaną już formułę lub całkowicie metalizowało swoje brzmienie. Stołeczni metalcore’owcy z Sailor’s Grave są dalecy od tego, aby próbować wymyślać koło na nowo i chwała im za to. Przynajmniej dzięki temu wyróżniają się na tle polskiego podwórka. Poniżej zapis rozmowy z Pawłem Kozakiewiczem – obecnym wokalistą zespołu.

Zacznijmy od jednego z pamiętnych wydarzeń w historii Sailor’s Grave. Był taki koncert w Katowicach kiedy to do klubu wpadła uzbrojona grupka pseudokibiców. Mówi Ci to coś (śmiech)?

Akurat ta historia znana mi jest tylko z opowieści, ponieważ jeszcze na wokalach był wtedy Kwadrat, ale chłopaki dużo mi o niej opowiadali; wyglądało to tak, że grali pierwszy kawałek a nagle do klubu wbiegła grupa uzbrojonych nazioli, ktoś dostał siekierą i polała się krew. Było całkiem srogo.

Byłem tam i sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Od tamtej pory mieliście kilka okazji aby pojawić się na południu. Mimo to, częściej można Was zobaczyć wSG logo centralnej Polsce. Brak ofert?

Tak to wygląda, niestety, ostatnio mieliśmy okres przestoju spowodowanego intensywnymi pracami nad płytą, okres po ep-ce ewidentnie przespaliśmy jeśli chodzi o koncerty, chcieliśmy dograć ten album tak aby w 100% mieć przekonanie do tego materiału. Akurat na południu bywamy co jakiś czas, bardziej zaniedbujemy północ gdzie jeszcze, niestety, nie mieliśmy okazji. Brak ofert może po trochu też, ale myślę, że realna ocena sytuacji bardziej na to wpływa. Nie pchamy się tam gdzie nas nie chcą i od niedawna, jeżeli organizator nie jest w stanie zapewnić nam warunków, przy których wyjdziemy chociaż na zero, zagraliśmy naprawdę sporo sztuk gdzie musieliśmy dokładać do podróży. Owszem, wiadomo jak jest u nas w Polsce. Wszyscy o tym wiemy i liczymy się z tym, że nie zarobimy grając taką muzykę i od czasu do czasu będzie jakaś wtopa, zawsze się dogadamy, ale jeżeli jedziesz na kilka koncertów pod rząd i dokładasz do tego żeby gdzieś zagrać, to mija się to celem. My z wielką chęcią i radością gramy wszędzie także, czekamy na zaproszenia.

Wasz najnowszy materiał będący wypisz wymaluj dziełem na modłę Parkway Drive idealnie nadaje się do prezencji na żywo. Jedenaście utworów, w tym jeden starszy, mimo, iż są mniej lub bardziej dokładną zrzyną z Australijskiego zespołu, doskonale wypełniają metalcore’ową lukę w Polsce. Kiedy inni bawią się w djenty albo mariaże z deathcorem, gracie pierwotny melodyjny metalcore. Z jednej strony jest to niebywały akt odwagi, gdyż takie granie nie ma prawa się teraz sprzedać, z drugiej zaś, cios w potylicę dla malkontentów, którzy narzekają na to, że u nas tak grać się nie da.

Nie nazwał bym tego materiału „zrzyną”, kompozycyjnie głównym mózgiem tego albumu jest nasz perkusista Jurek, sam bardziej biernie przyglądałem się temu procesowi od samego początku, ponieważ po raz pierwszy było mi dane odkrywać proces tworzenia płyty. To nie jest tak, że odpalamy kawałki Parkway Drive i piszemy pod to riffy, po prostu w tym stylu czujemy się najswobodniej, jara nas to i gramy to z czystą przyjemnością. Zawsze, kiedy gramy na próbie jakiś kawałek po raz pierwszy to wszyscy mają ucieszone mordy, absolutnie nie odcinamy się od tego nurtu i nawet jesteśmy dumni, kiedy pojawiają się takie porównania. Ja osobiście do tej pory jaram się niesamowicie pierwszymi płytami I Killed The Prom Queen, Haste The Day czy As I Lay Dying. Wiadomo, że będzie słychać wpływ tych kapel w naszą twórczość i od tego nie uciekniemy. Tak samo jak nie będziemy wchodzić w czyste wokale, ja nie umiem śpiewać, więc skupiam się na darciu mordy najlepiej jak potrafię, zaś nie na kombinowaniu żeby na nagrywkach coś wyszło raz na sto tysięcy prób, a potem ani razu na żywo. Nie zastanawiamy się, co w danej chwili może spodobać się „środowisku”, tylko tworzymy tak jak leży w naszych sercach i mamy nadzieję, że ktoś to podchwyci.

Paradoksalnie, największym zainteresowaniem cieszycie się… w hardcore’owym środowisku, z którego przecież Warszawa słynie. Do tego Jurek, o którym wspomniałeś, jest kręgosłupem rytmicznym w The Lowest…

Czy jest to aż takie duże zainteresowanie ciężko powiedzieć, jesteśmy akceptowani na wielu hardcorowych koncertach, ja nie raz już podkreślałem, że prawie wszyscy stąd się bardziej/mniej wywodzimy, czujemy się częścią Warszawskiej sceny, mamy tu wielu przyjaciół i ludzi, którzy nas wspierają. Trudno znaleźć nam kontakty w Polsce jeśli chodzi o metalcore, ciężko mi wytłumaczyć czym to jest spowodowane, my nigdy nikogo dissowaliśmy i zawsze wspieramy kapele z Polski, udostępniamy albumy czy nagrywki. Zauważyłem jedynie, że jeden „scenowo-metalcorowy” portal ma na nas dobrego hejta i zlewa kompletnie to co robimy. Może wynika to z tego, że nigdy nie byliśmy zespołem, który wchodzi w dupę kiedy czegoś potrzebuje. Natomiast, ostatnio widzę coraz więcej młodych i nowych twarzy na naszych koncertach w Warszawie, jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, w ostatni piątek (29.08.2014) zagraliśmy fajną sztukę w stolicy, gdzie publika bardzo mocno dała radę.

wszystko zaczyna się układać

wszystko zaczyna się układać

Ja sam zauważyłem, że odbiór SG na koncertach jest co najmniej pozytywny. Tym bardziej dziwi pewna niemoc w promocji zespołu. Robicie koszulki, macie lyric video, gitarowe playthrough, nie boicie się wypowiadać w mediach, a mimo to, Sailor’s Grave działa jakby na uboczu bez wsparcia, właśnie… sceny. Może potrzeba czasu aby to, co cechuje np. środowisko hardcore’owe, czyli hasła typu „unity”, odrodziły się właśnie na tym gruncie. Wspomniałeś o „włażeniu w dupę”, to obecnie największa bolączka naszej sceny?

Wkładamy dużo pracy aby nasza muzyka na żywo brzmiała co najmniej tak dobrze jak na płytach, szczerze, nie zdarzyło mi się jeszcze żeby ktoś powiedział że zagraliśmy słaby koncert. Staramy się robić co możemy, mogę zdradzić, że w jeszcze poprzedni weekend kręciliśmy klip do kawałka „Fire of Justice”, myślę, że ukaże się on w najbliższym czasie (więcej info wkrótce…), mieliśmy już kilka podejść do klipów, ale zawsze coś nie wychodziło, nie grało. Tym razem wydaje nam się, że wszystko poszło dobrze i efekt pracy będzie widoczny. Z tym wchodzeniem w dupę to nie był zarzut do nikogo, my oceniamy to, co się dzieje dookoła własną miarą; fajnie jakby na scenie metalcore’owej było coś takiego jak jedność i wzajemna pomoc, bez oczekiwania czegoś w zamian. Myślę, że to wynika też z tego, że często kapela, która gra, krzyczy tylko „napierdalaj” do ludzi stojących pod sceną; ja zawsze, jeżeli są oczywiście odpowiedni odbiorcy albo młodzi ludzie, staram się powiedzieć kilka słów, żeby uświadomić ich, że tylko wyłącznie od nich zależy, jak to wszystko będzie wyglądało, żeby nie bali się brać nowych osób na koncerty, każdy jakoś zaczynał. Ale nie mówmy o samych negatywach; jest kilka osób i kapele w Polsce, które robią dobrą robotę. Jeśli chodzi o promocję, staramy się robić co w naszej mocy, ale pewne rzeczy są po prostu poza naszą kontrolą.

Album zatytułowaliście Hopeless Path. Mimo, że to nie odniesienie do tego, o czym mówiliśmy wcześniej, można nawiązać do tej sytuacji. Chciałbym jednak, abyś zdradził, co tak naprawdę kryje się za tym tytułem?

Akurat na albumie wszystkie teksty poza 2 są moje, tytuł albumu wywodzi się stąd, że w trakcie procesu tworzenia przypadł sporo gorszy moment w moim życiu, gdzie wszystko co robiłem wydawało się taką ścieżką bez nadziei. Wiem, że to trochę sztampowe, ale tak w tamtym momencie się czułem i teksty są tego odzwierciedleniem. Ostatnim kawałkiem, który napisałem na płytę był „Fire Of Justice”, kiedy to wszystko zaczęło się układać co widać poprzez przekaz „promyka/ognia” rozpalającego nowe jutro.

Zapytam dość bezpośrednio: i pojawiło się to nowe, lepsze jutro? Co motywuje Cię do działania? Swoją drogą, mniemam, że ogólną frustrację pożytkujesz właśnie w Sailor’s Grave…

Tak, pojawiła się pewna osoba w moim życiu, dzięki której czuję, że mogę wszystko osiągnąć. Motywuje mnie to co teraz robię, od zawsze marzyłem, żeby stać na scenie i drzeć mordę, przeszedłem bardzo długą drogę do momentu, w którym teraz jestem. Jeżeli ktoś powiedziałby mi 2-3 lata temu, gdzie teraz będę i co będę robił, pewnie bym go wyśmiał. Odkąd dołączyłem do chłopaków, żyję tą zajawką, nic lepiej nie działa na frustracje jak wydarcie się na próbie albo na koncercie czy przelanie żali na papier. Czuję, że ciągle rozwijam się jako wokalista, dążę do tego aby być coraz lepszym, może nawet nauczę się śpiewać (żart). Chciałbym w końcu zaliczyć większą trasę z SG, ponieważ koncerty są zdecydowanie najlepszą rzeczą w graniu.SG band1

W darciu mordy na płycie pomaga Ci Kuba ze śląskiego Minority i Kwadrat – wasz były krzykacz. O ile obecność tego drugiego nie dziwi, tak Kuba jest zaskoczeniem.

Kuba jest naszym mega dobrym ziomkiem, sam nas zaskoczył z zapytaniem czy mógłby dograć feata na płytę, kiedy byliśmy jeszcze w trakcie tworzenia. Okazało się, że bardzo lubi naszą twórczość i jesteśmy dla niego zaginionym ogniwem metalcore na scenie hardcore. Bardzo szanuję Kubę, udało nam się nawet na koncercie w Bielsku – Białej wykonać kawałek z nim na żywo, wszystko było takie „naturalne”. Bardzo się cieszę z takich rzeczy, bo pokazują one jak bez spiny dwa w tym momencie odmienne środowiska łączą się i reprezentują te same wartości. Wystarczy chcieć.

Gdyby to było możliwe, z jakim zespołem chciałbyś zagrać koncert? Lub namówić muzyka do współpracy?

I Killed The Prom Queen z czasów Crafter/Butcher i Haste The Day z czasów Jimmiego Ryana, zdecydowanie, no i oczywiście fajnie by było zagrać jakąś trasę z Parkway Drive, wydają się być zajebistymi ziomkami. Z bardziej aktualnych bandów duże wrażenie robi na mnie CJ z Thy Art is Murder (mordercze wokale + cała humorystyczna otoczka) i John Henry z Darkest Hour (zrobił niesamowity postęp na przestrzeni lat).

A w Polsce?

Pyszora z Faust Again, Maciek z Odszukać Listopad, to postaci, dzięki którym wkręciłem się w muzykę metalcorową/hardcorową. Te zespoły przetarły szlak wszystkim kapelom w Polsce w tym nurcie (o Sunrise nie będę wspominał bo to jest dla wszystkich jasne). No i odwieczne marzenie: zagrać z Fall Behind

Nie pozostaje nic innego jak życzyć powodzenia! Dzięki za Twój czas.

Dzięki, sama przyjemność. Do zobaczenia na koncertach!

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcia: archiwum zespołu