PYORRHOEA – nagraliśmy prawdziwego potwora

PYORRHOEA za sprawą swojego debiutu „Desire for Torment” na trwałe wpisała się w historię polskiej muzyki ekstremalnej. Album ten był wprost arcybrutlany… później był dobry lecz już nieco inny „The Eleventh…”. W ostatnim czasie o zespole było trochę cicho, jednak nie ma tego złego co by na jeszcze gorsze nie wyszło. PYORRHOEA ciężko pracują nad nową porcją muzycznej ekstremy, która, miejmy nadzieję, zostanie wydana jesienią tego roku… O nagraniach nowego krążka i paru innych rzeczach opowiadał A.D. Gore!

 

Witaj A.D. Gore!! Niedawno rozmawialiśmy na temat Centurion a tu dochodzą do mnie wieści, że Pyorrhoea kończy pracę nad trzecim w swojej dyskografii albumem… ile jest w tych plotkach prawdy i jak w rzeczywistości zaawansowane są prace nad następcą „The Eleventh…”?

Cześć! Dokładnie tak – w tej chwili jesteśmy na etapie miksów i masteringu naszego trzeciego albumu, który będzie nosić tytuł „I Am The War”. Proces nagrania trwał trochę dłużej niż pierwotnie zakładaliśmy, bo już po zarejestrowaniu pierwszych podstawowych śladów, na bieżąco zrodziło nam się w głowach wiele pomysłów, których wprowadzenie rozciągnęło wszystko w czasie. To powrót po sześciu latach – chcieliśmy dopracować naszą wizję w każdym detalu, stąd zdecydowaliśmy się nie przyspieszać niczego na siłę tylko po to, by album ukazał się jeszcze w 2011 roku. Myślę, że to było rozsądne podejście, bo zaręczam Ci, że nagraliśmy prawdziwego potwora.

Póki co, ostatni studyjny album Pyo datowany jest na rok 2006; co działo się z zespołem w ciągu tych sześciu lat, jakie minęły od wydania Waszej „dwójki”? Wracacie na scenę w nowym składzie czy też trzon załogi pozostał ten sam…?

Przez cały ten czas funkcjonowaliśmy z mniejszymi lub większymi przerwami, zagraliśmy kilka niezłych koncertów, m.in. na Obscene Extreme w 2008 roku i przede wszystkim pracowaliśmy nad nowym materiałem. Po nagraniu „The Eleventh…” skład opuścił Desecrate, a na jego miejscu za perkusją zasiadł Amon. Z perspektywy czasu oceniam tą zmianę jako bardzo korzystną dla Pyorrhoea. I absolutnie nie kwestionuję tu umiejętności Desecrate, który jest przecież wyśmienitym blasterem, jednak ze swoim warsztatem najlepiej czuje się w brutalnym death metalu. Amon idealnie wpasował się swoim stylem gry w naszą wybuchową mieszankę death i grind core, zdecydowanie dodał naszej muzyce dynamiki i pierwotnej, niemal punkowej energii.

Nowa  płyta muzycznie bliższa będzie debiutanckiej „Desire…” czy „The Eleventh…” a może na trójce Pyorrhoea objawi się nam w sposób, który wykluczy porównania do starych dokonań tegoż bandu…?

„I Am The War” na pewno będzie najbardziej grindowym materiałem, jaki nagraliśmy do tej pory. Zdecydowanie odeszliśmy od death metalowych riffów na rzecz dynamicznych, core’owych podziałów. Myślę, że wiele fragmentów będzie zaskoczeniem dla odbiorców. Dla przykładu: jeden z utworów w ogóle nie ma blastów, za to jestem przekonany, że na koncertach ludzie pod sceną będą przy nim łamać sobie nosy. Wiele elementów jest wręcz crustowych, co w zderzeniu z ogólnym, bardzo brutalnym charakterem kompozycji, spowodowało, że płyta jest niesamowicie energetyczna. Brzmieniowo to zdecydowanie powrót do korzeni, naprawdę postaraliśmy się by tym razem z głośników posypał się gruz…

Zdradź nam jakieś szczegóły odnośnie nagrań nowej płyty Pyo, które studio wybraliście, kto zasiadł za konsoletą?

Kombinowaliśmy długo, nie chcieliśmy się powtarzać, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw ponownie postawiliśmy na białostocki Hertz. Z jednej strony to już zupełnie inne studio niż 6 lat temu, z drugiej po prostu czujemy się tam jak w domu. Białystok co by nie mówić jest stolicą polskiego grind core, zagraniczni grindowcy przyjeżdżają tu na wycieczki turystyczne, a w Hertzu powstawały najlepsze wydawnictwa Dead Infection, Incarnated czy Squash Bowels. Chcieliśmy zatem zaczerpnąć z tej spuścizny. Pamiętam nawet jak na którejś wódce z Cyjanem dopytywaliśmy się – jak oni to robią, jak stworzyli własną unikalną szkołę… Choć oczywiście nie było mowy o bezpośredniej inspiracji, my gramy przecież zdecydowanie inaczej. Raczej zależało nam na tym, by uchwycić ten specyficzny klimat – i sądzę, że w znacznej mierze się to udało. Do studia pojechaliśmy uzbrojeni po zęby. Na potrzeby sesji kupiliśmy barytonową gitarę przeznaczoną do grania w najniższych strojach. Już wcześniej stroiliśmy się bardzo nisko, teraz zeszliśmy w dół jeszcze bardziej. Zrezygnowaliśmy z przesteru ze wzmacniacza na rzecz różnych, rzadko spotykanych w metalu kostek i pre – ampów. Obecnie mało który zespół death-grindowy decyduje się na taki krok. Możesz nie wierzyć, ale przedwzmacniacz Mesy na to nagranie kupiliśmy w samym Białymstoku od gościa, który grywał na weselach i nawet do głowy mu nigdy nie przyszło, że to pudełko można zastosować do grania takiej ekstremy. Cała sesja zostało zrealizowana pod prąd w stosunku do obecnych trendów, ale uważam, że w tym właśnie tkwi siła tej produkcji.

Na zakończenie chciałbym żebyś przekazał wszystkim maniakom metalu dlaczego warto czekać na nowy album Pyorrhoea?

Jeśli czekaliście 6 lat na nasz nowy materiał to te kilka miesięcy, które dzielą nas od wydania płyty nie będą dla Was gigantyczną udręką. Jeśli do tej pory mieliście nas w dupie – tym razem możecie się srogo zaskoczyć. Mówię to nie tylko jako muzyk, ale także jako maniak ekstremalnej muzyki – to będzie jedno z najmocniejszych muzycznych przypierdoleń w 2012 roku. Jeszcze na przełomie kwietnia i maja damy znać więcej na temat rozwoju prac nad nadchodzącym wydawnictwem.

 

Rozmawiał Wiesław Czajkowski