MOAFT – Phobia zmieszana z Fioną Apple

Nie lubią słowa progresja, słuchają popu, ale i grind core’a, chcą zagrać w Zakopanem i mają problem z wokalistami. Taki jest świdnicki Moaft, załoga, która odważnie, bez frontmana brnie w polski, muzyczny biznes, mając w ręku atut w postaci pomysłu na siebie i znakomicie wydanej, debiutanckiej płyty. Instrumentalna muzyka to trudny kawałek chleba, ale zespół potrafi w tej materii wystrugać kilka całkiem wesołych tematów, o czym świadczy płyta „Vana Imago”. Z perkusistą formacji, Grzegorzem Iwańcem, uciąłem sobie krótką pogawędkę o różnych, zespołowych i nie tylko przypadłościach. Mam nadzieję, że nie był to nasz ostatni kontakt…

 

Mozolne Odkrywanie Artystycznego Fenomenu Tatr. Czy tak należy tłumaczyć Waszą nazwę, czy macie jakieś swoje rozwinięcie?

Jesteś pierwszą osobą, która bezbłędnie rozszyfrowała naszą nazwę. Teraz cały nasz misterny marketing legł w gruzach, ale przynajmniej teraz łatwiej będzie nam załatwić koncert w Zakopanem…

I o to chodzi. Za to etykietkę wybraliście sobie arcy – inteligentną. Alternatywa regresywna – o co w tym chodzi?! Rozszyfrujcie, szeryfie…

Widzę jednak, że czekasz na głębsze rozwinięcie… Tak naprawdę, MOAFT to nie jest to żaden skrót, tylko nazwa własna, której znaczenia jesteśmy strażnikami… przynajmniej na ten moment.

A skąd ta regresja? Czy to ma być lekka przekora, bo przecież sporo na tej płytce całkiem „pro” zagrywek?

My na pewno nie czujemy się progresywni, choć wiemy, dlaczego takie łatki się nam przypina. Regres jest więc reakcją przekorną, jak to słusznie nazwałeś… Przekaz werbalny w naszej muzyce nie występuje, dlatego też samymi dźwiękami lubimy się pobawić, delikatnie pokomplikować. Mentalnie bliżej nam do estetki punkowej niż do czegokolwiek innego.

A w czym ten punk się objawia, bo ja go nie słyszę?

Bliżej nam do niego mentalnie niż w jakkolwiek inny sposób, to rzecz bardziej wyczuwalna niż namacalna, tak naprawdę nie chcemy zamykać się w jakiejś konkretnej szufladzie, stąd przekora w opisie…

Nie mamy wokalisty, bo dzięki temu, jeśli się nam nie uda, będzie można mówić, że to przez brak frontmana, a jak się uda, będziemy wypinać pierś, mówiąc – zobaczcie i bez wokalisty daliśmy radę!”. Chodzi o taki właśnie, sprytny pomysł, czy raczej o fakt, że wokaliści was denerwują, bo chowają mikrofon do kieszeni i mają w gdzieś resztę sprzętu (śmiech …)?

Generalnie w naszym wypadku jakiekolwiek zimne kalkulowanie nie wchodzi w grę;  działamy wyjątkowo spontanicznie. Brak wokali to raczej brak kogokolwiek sensownego na horyzoncie niż jakieś twarde trzymanie się form instrumentalnych. Myślę, że kiedyś trafi nam się sposobność współpracować z jakimś głosem…

W kontekście waszej muzyki przychodzą mi na myśl takie nazwy jak Helmet (ten wczesny…), Don Caballero czy nawet Tool. Możesz coś dorzucić do tej schizofrenicznej układanki? Co Was stymuluje i napędza?

Jak Ty to robisz, że trafiasz cały czas w sedno? To czego słuchamy jest mocno schizofreniczną mieszanką, choć dziś chyba nikogo nie szokuje stylistyczny rozrzut na półce z płytami. Każdy z nas jest z innej parafii. Adam Bejnarowicz potrafi znajdować coś dla siebie i w hip-hopie, jak i w neurosisowych walczykach. Bartek Ostrowski miesza Zu czy Knuta z jakimiś dziwnymi folkami, a ja grindcore’ową Phobię mieszam z uroczą Fioną Apple…

No Phobii tu nie usłyszałem ha, ha… Jesteście – tak mi się zdaje – trzema silnymi osobowościami. Jak udaje się okiełznać przywódcze zapędy, bo słychać – przynajmniej w dźwiękach – duże równouprawnienie?

Muzycznie jest między nami coś, czego nie próbujemy rozumieć, to po prostu się dzieje. Większość patentów powstaje z marszu na próbach, bardzo spontanicznie. Tak robimy szkielety, które później oczywiście dopracowujemy, czasem wywracając je do góry nogami  Choć trafiały się wyjątki, gdzie gotowe numery przynosił Adam, które jednak ostatecznie wspólnie modyfikowaliśmy. Zasada jest jedna – musi nami nieźle „rzucać”, żeby numer wszedł do repertuaru. Jeśli chodzi o kwestie poza – muzyczne – tu już widoczny jest większy podział. Ja zajmuję się kwestiami logistyczno-organizacyjnymi. Adam dba o stronę wizualną, Bartek ogarnia sprawy internetowe od strony technicznej. Pełna harmonia…

Właśnie… Wszystko robimy sami, jest fajnie. Nie boicie się, że kiedyś coś pęknie, że np. zamiast na próbę będziesz wolał iść do domu? Co napędza takie zespoły jak Wasz, bo nie zakładam, że jest to nadzieja na karierę a la Rolling Stones…

MOAFT

MOAFT

Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak to się wszystko potoczy, ale kto by się tym przejmował? Kariera jako możliwość normalnego funkcjonowania? Tworzenie, nagrywanie, wydawanie, sprzedaż i koncerty. Czemu nie? To stymuluje chyba wszystkich. Rollingstones’owa wersja kariery raczej nam nie przyświeca. Poza tym mamy już pewien bagaż doświadczeń i nie żyjemy złudzeniami. Dziś po prostu wierzymy, że jest to nam niezbędne do życia. Siła z jaką oddziałujemy na siebie wspólnie jest uzależniająca, ale oczywiście każdy z nas ma też swoje prywatne życie, pracę i takie tam różne… Sztuką jest to wszystko pogodzić.

Zastanawia mnie ta wasza przyjaźń z Pokrak. Wspólny split, trasa. Dzisiaj takie przyjaźnie to dość wyjątkowa sprawa. W czym wam pomaga taka międzymiastowa miłość?

Zgadzam się, że sprawa jest wyjątkowa. Zajmuję się graniem w różnych składach od wielu lat i taka historia przytrafia mi się po raz pierwszy. Jeden wspólny koncert i zadziałała miedzy nami jakaś chemia. I nie chodzi tu o wspólne wydawnictwo czy koncerty, bo kapele tak ze sobą współpracują od zarania dziejów,  ale o to, że jakoś na siebie kreatywnie wpływamy. Właściwie powinienem mówić tylko za nas. My się dużo od Pokraków uczymy, to profesjonaliści i bardzo intrygujące jednostki, a przy okazji super ludzie…

Czego wyrazem fizycznym jest wspomniany split. Kilka słów ma temat tego wydawnictwa?

Split to pomysł również spontaniczny… Choć to po prostu zwykły pomysł, nic specjalnego. Udało nam się w krótkim czasie skomponować po 2-3 piosenki, nagrać, wydać i promować. Wszystko zajęło nie więcej niż 2 miesiące. Dodać warto że na split trafił jeszcze Monroe’s Mysterious Death, czyli zespół w którym gra Piotr Polak z Pokraka i Karol Kopeć z UnderGo, no i moja skromna osoba  a wszystko wydaliśmy sami, powołując do życia GREEN LUNGS RECORDS. I tu chociażby pojawia się ta punkowa mentalność, że o międzymiastowej miłości nie wspomnę.

Macie jakieś plany wydawnicze poza waszymi zespołami oczywiście?

Całkiem to możliwe…

Plany na nowy rok? 

Plany pewnie banalne. Nagrać dużą płytę, wydać ją i promować materiał na żywca. 99% kapel ma takie plany, więc nie jesteśmy oryginalni. No i koncert w Zakopanem, of course!

Rozmawiał Arek Lerch