LOATHING – Bez wielkich nazwisk

Loathing to band, który dopiero wkracza do muzycznego świata. Mimo iż muzycy raczej nie zaliczają się do grona nastolatków, właśnie teraz debiutują pierwszą płytą długogrającą. Jak już pisałem w recenzji We are the Hunt jest materiałem bardzo dobrym i wydaje mi się, że takich dobrych, mocnych a niekoniecznie przesadnie ekstremalnych czy wydumanych płyt na naszej scenie brakuje. I w tym właśnie widzę szansę Loathing, czy jednak nie przepadną w odmętach historii, pokaże dopiero czas. Zapraszam was na krótką pogawędkę z Marcinem, który to ukrywa się po jakże intrygującym pseudo El Mariachi…

Loathing początek swojej muzycznej drogi datuje na rok 2008, macie na swoim koncie ep-kę i jeszcze ciepły, debiutancki „We are the Hunt”. Jako, że nie wszyscy czytelnicy mieli okazję spotkać was na swojej drodze, pytanie fundamentalne – skąd przychodzicie i dokąd zmierzacie? Loathing to wasze pierwsze kroki w muzycznym biznesie?

Loathing to pierwszy „poważny” zespół dla każdego w zespole – mimo, że zajmujemy się graniem od lat, to zawsze coś stawało na drodze naszej muzycznej „kariery” (śmiech) – a to ludzie nie ci, a to finansów brak, a to emigracja… Nasze drogi w końcu zeszły się w Warszawie, ale tylko połowa składu jest stąd – Mariachi jest z Podlasia, a Luigi spod Radomia. W sumie czysty przypadek, że trafiliśmy na siebie. Dokąd zmierzamy? Czas pokaże – na pewno chcemy dalej tworzyć muzykę, której sami chcielibyśmy słuchać, i to się nie zmieni nigdy. Jeżeli uda nam się zainteresować przy tym parę osób – tym lepiej.

Muzyka, której sami byśmy chcieli słuchać to zwrot jaki dość często pada z ust muzyków, jak określiłbyś dźwięki, które tworzy Loathing? W waszej twórczości słychać bardzo szerokie inspiracje – thrash, melodyjny death a nawet groove czy może jeszcze dalej odrobinę metalcore…

Odbiór muzyki jest bardzo subiektywny, co widać zresztą po recenzjach „We are the Hunt”, gdzie niektórzy dopatrują się wypływów kapel, których raczej nie wymienilibyśmy jako nasze inspiracje. Mówisz, że thrash – poniekąd tak, ale ja widzę Loathing jako twór osadzony w staroszkolnym death metalu, który traktowany jest jako punkt wyjścia do dalszych muzycznych poszukiwań. Melodyjny death – zdecydowanie tak, o ile za melodyjny death przyjmiemy np. Carcass z „Necroticism”. Groove – absolutnie, wszystko co robimy jest w pewnym sensie filtrowane przez ten groovowy pierwiastek. Metalcore – chyba wiem, skąd ten pomysł, ale raczej nie zakładaliśmy sobie, że będziemy drugim Frontside. W metalu wiele elementów wciąż powtarza się w przeróżnych konfiguracjach czy aranżach i siłą rzeczy pewne zagrywki lub patenty mogą kojarzyć się z tym lub innym zespołem bądź nurtem. Natomiast, jak już wspomniałem, punktem wyjścia jest z pewnością death metal, ale bez silenia się na „retro” – najogólniej rzecz biorąc, Loathing to swego rodzaju hybryda death, sludge, doom, groove, thrash i black metalu, gdzie zależnie od utworu przeważają elementy charakterystyczne dla jednego bądź kilku z tych nurtów. Do tego dochodzą jeszcze wpływy wykonawców zgoła niemetalowych, a rezultat… jest, jaki jest.Loathing

Jeśli miałbym pokusić się o małą konfrontację porównawczą to między debiutancką ep a płytą słyszę duży skok jakościowy, wasza muzyka najzwyczajniej w świecie dojrzała. Czy waszym zadaniem ep-ka i „We are the Hunt” różnią się w zasadniczy sposób? Nowy materiał zyskuje bardzo dzięki temu, że doskonale brzmi. Gdzie pracowaliście nad ostatecznym kształtem płyty i w czyje ręce oddaliście los materiału? Efekt was w pełni zadowala?

Tutaj pełna zgoda – skok jakościowy jest wręcz drastycznie bolesny na niekorzyść debiutanckiej ep-ki. Nie jesteśmy zadowoleni z brzmienia tamtego materiału i nigdy tego nie ukrywaliśmy – co więcej, myślimy o ponownym nagraniu tamtych numerów, bo po prostu szkoda dobrych kompozycji. Pełny album, czyli „We are the Hunt”, zrealizowaliśmy w Piasecznie, w studiu Demontażownia, z Damianem Biernackim znanym z Kabanosa i (RIP) Minervy, mastering natomiast zrobił nam Jason Randall z More Sound Studio. Obaj odwalili kawał naprawdę profesjonalnej roboty – z pewnością wrócimy do współpracy z nimi przy okazji następnego materiału. Drugą sprawą są same kompozycje, ale tutaj wygląda to następująco – chronologicznie, ostatni numer na płycie czyli „Warspite” to najstarsza rzecz w naszym repertuarze, zaraz po nim jest „Intravenous Black” i „The Ascent” – wszystkie te kompozycje powstały mniej więcej w okresie ep-ki, ale po prostu nie udało nam się ich wtedy zarejestrować. Zgodzę się jednak z tym, że nowe utwory są bardziej przemyślane, a jednocześnie bardziej spontaniczne, o ile to ma sens (śmiech).

No właśnie, ciekawi mnie to jak podchodzicie do tematu samych kompozycji? Ważna jest dla was technika, skomplikowane aranże czy może bardziej liczy się to by riff był dobry i miał w sobie „głębię”? W waszej muzyce nie brakuje też melodii, które dodają tym dźwiękom bardzo ciekawej barwy. W kraju, w którym wręcz hołubione jest stricte brutalne granie to, że stawiacie na obecność melodii to wyraz swoistej odwagi?

He, he, wiem o co chodzi. Fakt, wiele osób na polskiej scenie metalowej boi się melodii jak ognia, ale prawda jest taka, że wszystkie wielkie zespoły melodii się nie bały – od Black Sabbath, przez Panterę, po Morbid Angel i wielu, wielu innych. Kiedy wracam teraz do nagrań, którymi jarałem się jako małolat, patrzę na nie z innej perspektywy – zespoły, które kiedyś wydawały mi się mega brutalne już nie robią takiego wrażenia, bo po nich tę brutalność podkręcono milion razy, natomiast dobry riff, melodia, aranż – to są wartości w muzyce uniwersalne, i to właśnie w moim odczuciu świadczy o wartości danego twórcy. Odpowiem na okrętkę – ważne jest wszystko, technika też, bo pozwala wyrazić się muzycznie bardziej precyzyjnie, ale nie jest ona absolutnie celem samym w sobie. Często stawiamy na bardzo proste rozwiązania, które niejako kontrastują z bardziej technicznymi fragmentami. Staramy się unikać przesytu – np. taki Ulcerate – duże wrażenie robią, pomysł na muzykę zajebisty, ale przesłuchać całej płyty to ja ni cholery nie dam rady.Loathing1

„We are the Hunt” to materiał dobry a nawet bardzo dobry, jednak płytę wydaliście własnymi siłami. Młody zespół – jeśli chce zaistnieć – musi dziś brać sprawy we własne ręce? Twoim zdaniem trudno jest dziś wystartować na scenie metalowej młodej kapeli?

W naszym przypadku pojecie „młoda” kapela jest nieco nie na miejscu – średnia wieku 30, ale tak, myślę, że łatwo nie jest nawet tym bardziej znanym zespołom, a co dopiero zupełnym debiutantom. Popatrz, kto u nas tak naprawdę „istnieje” na scenie – albo kapele z 20-paro letnim stażem, albo kapele, w których gra ktoś, kto kiedyś przewinął się przez kapelę z 20-paroletnim stażem. Dużo zależy od kontaktów, dużo zależy od szczęścia, dużo zależy od potencjału marketingowego. Biorąc pod uwagę, ile osób kupuje płyty, ile chodzi na koncerty ( i nie mówię tu o Sonisphere), to sytuacja nie wygląda różowo.

Jaką w takim razie widzisz przyszłość przed Loathing?

Liczę na szczęście, bo ani kontaktów ani wielkich nazwisk nie mamy. Wiesz, my dopiero zaczynamy, bez ciśnienia, nie spodziewam się na światowej kariery i życia z muzyki, bo to nie te czasy i nie ten gatunek chyba. Poza tym nie robimy tego dla kariery, tylko dla siebie. Uwielbiamy komponować, grać, nagrywać i w sumie samo to daje masę satysfakcji.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski 

Zdjęcia: archiwum zespołu