HERESY DENIED – Rozszerzanie horyzontów

Dla wielu naszych czytelników deathcore, nie ważne czy będzie to jego brutalna, techniczna czy progresywna odsłona, działa jak płachta na byka. Zupełnie niepotrzebnie, gdyż nurt ten wydał na świat wiele interesujących materiałów, i wciąż potrafi zaskoczyć. Rzecz ma się podobnie w przypadku debiutujących muzyków Heresy Denied. O ile sam deathcore na naszym poletku nie jest niczym nowym, tak ujęcie tego tematu przez poznaniaków – owszem. Oczywiście, malkontenci będą narzekać, że całe zamieszanie jest zbędne, bo grupa raczkuje, ale warto mieć ich na uwadze. Nadchodzący longplay może dowieść, iż poza Drown My Day, The John Doe’s Burial czy Blast Rites mamy się czym pochwalić. Rozmowa z Aleksandrem Czurko. 

Żeby nie zaczynać sztampowo i odpytując cię z historii młodej kapeli, od razu postawię kontrowersyjne pytanie: czy deathcore wskrzesił death metal, czy na swój sposób go uzupełnił?

W sumie to całkiem dobre pytanie, mam wrażenie, że wiele osób właśnie takimi kategoriami operuje. Na temat podziału na deathcore i death metal mam podobne zdanie jak Alex Erian, który w pewnym wywiadzie powiedział, że samo słowo „deathcore” jako określenie gatunku jest niepotrzebne. Tak samo jak i on wolę określenie nowoczesny, czy też modern death metal. I odpowiadając na Twoje pytanie – tak, uważam, że „deathcore” jako nowoczesna forma death metalu dużo wniósł do tego gatunku. Pomijając breakdowny, które są nieodłączną częścią tej muzy to jest wiele patentów, które po prostu za sprawą defkora zostały w defie zaimplementowane. A czy wskrzesił death metal – to trudno powiedzieć. Ta muza nie miała się raczej jakoś źle, żebyśmy mieli mówić o jej wskrzeszaniu.

Domyślam się, że chodzi Ci o wszystkie techniczne smaczki, paletę pomysłów wykraczających poza typową młóckę, ale w pewnym sensie,13472239_10208030790780898_1959043664_n to już było, tyle, że nie w tak cyfrowej oprawie. Technika była, jest i będzie nieodłączną częścią tej muzyki, ale młodzież wyniosła ją na inny poziom. Pytanie, czy do przyjęcia przez ortodoksów? 4/4 to najlepsze metrum?

To prawda. Defkor od zawsze charakteryzował się pewnym plastikiem, którego w def metalu nigdy nie było. Wiesz, ciężko mi mówić o tym, czy jest to do przyjęcia przez ortodoksów, bo się najnormalniej w świecie nad tym już nie zastanawiam. Wydaje mi się, że nie. Sam wyrosłem myśląc, że norweski black metal to jedyna słuszna muza jakiej powinno się słuchać, ale po latach człowiek rozszerza swoje horyzonty i eksploruje inne ciekawe pola w muzyce. Choć jak pokazuje przykład wspomnianych przez Ciebie ortodoksów, różnie z tym rozwijaniem swoich gustów muzycznych na przestrzeni lat bywa. A 4/4 to z całą pewnością zajebiste metrum, w którym można pisać niezwykle prostą, a zarazem niezwykle połamaną muzę. Patrz: Meshuggah, który pełno swoich najbardziej połamanych kawałków pisał właśnie w tym metrum. Wkurwia mnie takie myślenie u „nowoczesnych” muzyków, że połamane metrum to podstawa, a 4/4 to można się najwyżej podetrzeć. Można pisać świetną muzę w 15/8 jak i 4/4 i nic tu metrum nie ma do gadania. Warto czasem nie dać się zwariować tym wszystkim pomysłom, z którymi najczęściej wychodzą djentowcy, że im bardziej połamiesz metrum – tym lepiej dla kawałka. Nie tędy droga, moim zdaniem. A jak już ktoś ma taką potrzebę to można pisać mega skomplikowanie również w 4/4.

W Heresy Denied staracie się unikać gry w tak oklepanym schemacie jak 4/4. Mimo, iż jest to dość podręcznikowe, deathcore’owe granie, małymi krokami dodajcie progresywne smaczki. Zresztą, sam jesteś zwolennikiem takich zabiegów, więc nie dziwota, że oprócz typowej młócki jest w tej muzyce sporo miejsca na oddech i łamańce. Singiel z udziałem Daniela z Zeal jest tego najlepszym dowodem.

Fajnie, że o tym wspomniałeś. Właśnie w naszych kawałkach jest pełno wspomnianego metrum, a nie przeszkadza to nam w łamańcach i innych tego typu zabiegach. Co do kawałków, tak jak sam zauważyłeś – lubimy czasem pokombinować, mieszać elementy z wielu gatunków i najbardziej w tym się faktycznie odnajdujemy. Płyta, którą już niebawem wydamy, będzie pod tym względem dość zróżnicowana. Znajdzie się w niej wiele mocarnych, mięsistych momentów, ale też parę chwil na odsapnięcie.

Zauważam jeszcze jedną rzecz, mianowicie, i tyczy się to zarówno europejskich jak i amerykańskich zespołów, że w zarówno typowym nap… jak i „mieszaniu”, coraz częściej dochodzi do tego, że to sztuka dla sztuki. Stąd wysyp płyt, ep-ek i innych materiałów młodych bogów gitarowego grania, którzy produkują nowe rzeczy niemal taśmowo. Navene Koperweis, Plini, Gru, Jason Richardson i wielu, wielu innych stara się chwytać za serce słuchaczy, a jednak, gdzieś w tym wszystkim brakuje czynnika ludzkiego. Gry zespołowej.

Czy ja wiem, czy sztuka dla sztuki? To raczej kwestia podejścia do muzyki progresywnej – dla jednych faktycznie może być to muzyka robiona przez muzyków tylko dla muzyków, a dla innych może być czymś zupełnie innym. Co do wymienionych przez Ciebie wymiataczy – faktycznie jest to coraz częściej spotykane zjawisko, ale czy na pewno jest takie nowe? Pamiętajmy, że już prekursorzy progresywnego grania tacy jak Schuldiner, Masvidal, Suicmez, czy współcześnie Keene (choć to dość kontrowersyjny przykład, he, he) lub Tosin wprowadzali swego rodzaju dyktat w zespołach pisząc cały materiał na płyty i szukając sobie do tego odpowiednich muzyków. Nie zauważam w tym braku czynnika ludzkiego. Wydaje mi się, że ich zespoły nie grałyby tak ciekawej muzyki gdyby nie wybitne jednostki, które je cały czas popychają do przodu. Sam przyjmuję nieco inną politykę w kapeli. Zazwyczaj piszę kawałek, a dalej wrzucam to na ruszt i na próbach każdy dodaje do tego jakieś smaczki lub pomysły od siebie. Dzięki chłopakom jestem w stanie znaleźć patenty, na które sam bym nigdy nie wpadł.13487568_10208030791100906_285092627_n

Keene czy Al Mu’im (The Haarp Machine) to akurat wybitne jednostki, będące idealnym przykładem ludzi, którzy powinni działać w pojedynkę. Sądzę, że mimo perfekcyjnego zmysłu muzycznego i na swój sposób wizjonerstwa, są to osoby samo destrukcyjne, co widać po działalności, albo jej braku, zespołów które tworzą. Zgodzę się z Tobą, że rekrutowanie najemników to żadna nowość – nawet w Behemoth Seth przez tyle lat jest muzykiem sesyjnym, a w naszym Vader poza generałem nikt nie ma pełnoprawnego statusu członka zespołu. Boję się, że w przyszłości tak to będzie wyglądać – ludzie po Berklee czy innych szkołach będą spełniać marzenia mistrzów-egoistów. Zresztą, spodziewałeś się, że Cloudkicker będzie grał koncerty? Że pojedzie w trasę z Intronaut a oni odegrają cały jego materiał?

W przypadku Al Mu’im’a zgodzę się z Tobą, że jego zachowanie było autodestrukcyjne. Co do Keene’a – ten cwaniak ma cały czas pełen asortyment ludzi, w postaci muzyków Aegaeon, The Zenith Passage, czy byłego składu z okresu Planetary Duality, który pozwala mu na koncertowanie. Pewien niesmak jednak, niestety, pozostaje. Odnośnie tego co powiedziałeś o muzykach z Berklee; mam wrażenie, że już teraz poniekąd się to dzieje. Pierwszy skład The Faceless tworzyli kumple ze szkoły jazzowej. Marco Minnemann, który swego czasu grał na bębnach w Necrophagist też był wcześniej gościem z zupełnie innego światka prog-jazzowego, którego Suicmez wyhaczył przy okazji. Co do Cloudkickera – przyznam się szczerze, że nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu, ani go nie obserwowałem. Fakt, że Intronaut użyczał mu muzyków jest dosyć zabawny, no ale tak to w muzyce nieraz bywa. Jeśli pytasz mnie o zdanie na temat tego zjawiska to oczywiście mam do tego mieszane uczucia. Z jednej strony uwielbiam wszystkie wymienione wcześniej zespoły, ale jednak znacznie fajniej się je ogląda ze swoimi dziewiczymi składami. Jest to o wiele bardziej autentyczne przeżycie.

No i bardziej metalowe, niż oglądanie byłych perkusistów Animals As Leaders w otoczeniu komputerów i całej masy elektronicznych zabawek – bo tak im wygodniej, w pojedynkę z wykorzystaniem loopów, sampli itd. Skoro o tym mowa, jak to wygląda u was, bo materiał zapowiada się na – delikatnie mówiąc – wielowarstwowy.

Na potrzeby koncertów będziemy używać Maca połączonego z interfejsem co jest taką podstawą, jeśli chodzi o puszczanie sampli. Używam czasu przyszłego, bo dopiero teraz oswajamy się tak naprawdę z nowym sprzętem. Poza intrami do kawałków, ścieżkami leadów i paroma smaczkami to nie jest tego, o dziwo, aż tak wiele. Na dobrą sprawę wszystkie kawałki z płyty jesteśmy w stanie zagrać bez samplowanych ścieżek. Chodzi tu bardziej o dopieszczenie koncertów i poczucie, że hdodbiorca usłyszał to czego słucha na albumie.

No przede wszystkim, ja na miejscu waszego odbiorcy chciałbym mieć możliwość weryfikacji czy perkusista udźwignie materiał. Obecnie nagrywanie bębnów stało się, może nie tyle niemodne, ale na pewno zbyteczne. W dobie regularnie poszerzającego się zestawu wtyczek i rozwoju programów Superior i Drumkit From Hell, sesja z człowiekiem za zestawem to luksus.

Ha, ha. Koncerty z całą pewnością będą mogły być miejscem takiej weryfikacji. Cała perka na najnowszym albumie została nagrana na elektronicznych bębnach, bez użycia superior drummera, etc. Bartek (nasz perkusista) radzi sobie z materiałem bardzo dobrze, więc powinien spełnić oczekiwania takich odbiorców. Ale to co powiedziałeś wskazuje na pewien problem jaki występuje na scenie. Naprawdę wiele się słyszy o sytuacjach, w których ludzie na zachodzie przychodzą na koncerty tylko po to by ocenić, czy ktoś coś zagra/nie wyjebie się na solówce, etc., a nie żeby posłuchać swojego ulubionego bandu, czy kawałka. Najlepszym tego przykładem jest cała historia z Lucasem „Half-speed” Mannem, czy całym Rings of Saturn. Cóż rozumiem, że w muzyce jaką jest progresywny/techniczny death metal/deathcore/djent skill jest podstawą do grania pewnych rzeczy. Ale nie dajmy się zwariować. Chodźmy na koncert dla muzyki, nie dla sprawdzenia czyichś umiejętności.

Na razie mówisz same mądre rzeczy, ale chciałbym posłuchać całego materiału. Co z premierą?

Premiera już za około dwa tygodnie, także bądźcie czujni.

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor