DRILLER – prawie przewiercone kolano

Zespoły takie jak Driller to czyste antidotum na wszelkie smutne i znudzone, muzyczne gwiazdy. Grają konkretny kawałek metalu, czerpią z tego radość i nie płaczą nad tym jaką to ciężką sytuację mają dziś młode bandy. Powiem szczerze, taka postawa zawsze spotka się z moją aprobatą. Dlatego postanowiłem zapoznać Was bliżej z tematem tego bandu; na moje pytania odpowiadał trzymający pieczę nad wokalem i gitarą Marcin.

 

Na początek pytanie z gatunku zasadniczych, skąd się wziął Driller? Wasza przygoda z muzyką zaczyna się właśnie teraz w tym zespole, czy może pierwsze szlify zdobyliście w innych formacjach?

Metal płynął w naszych żyłach od zawsze. Zanim założyliśmy z Wojtasem Driller, udzielaliśmy się w wielu kapelach trójmiejskiej sceny. Wojtas szył na basie między innymi w Mess Age, Dissection Room, Senex, Burdegun. Ja na gitarze grałem w Angor, Dissection Room, Senex, Burdegun, na perkusji udzielałem się w Ajdath i grindcore’owym Szpadle. Z racji tego, że jesteśmy braćmi często i gęsto graliśmy razem. To zajebiście ułatwia i jednoczy. Nie wyobrażam sobie grania bez Wojtasa. Driller powstał w 2009 r. i po paru zmianach personalnych aktualnie mamy skład, który zniszczy wszystko. Bartek Kozłowski (z Fire Breathing Machine) i Jędras Jakubowski (z Savant) są ludźmi, z którymi zdziałamy najwięcej. Mają umiejętności, Logosprzęt i przede wszystkim odpowiednie podejście do muzy. Metal aż kipi im z uszu.

Pomysł na nazwę zespołu pochodzi od małego znanego filmu grozy „The Driller Killer” czy może się mylę i to wybitne dzieło kinematografii klasy B nie jest Wam znane?

Mimo, że horrory oglądam nałogowo, tego filmu nie znam. Nazwa kapeli wzięła się z dość zabawnej historii. Kiedy robiliśmy naszą salę prób, Wojtas prawie przewiercił wiertarką kolano naszemu kumplowi (oczywiście, byliśmy całkowicie trzeźwi). Prawie przewiercone kolano Kuby było inspiracją do nazwania kapeli. Poza tym… czy nie słyszysz miliona wiertarek słuchając naszej płyty ?

Driller atakuje słuchacza wybornym, wysokooktanowym thrashem, można nawet powiedzieć, że to już bardziej crossover – skąd chęć do grania totalnie old schoolowej muzy w tych nowoczesnych czasach? Największa inspiracja muzyczna do tworzenia własnych dźwięków?

Nowoczesne trendy nas nie interesują. Założyliśmy kapelę i daliśmy się ponieść flow. Ja jestem maniakiem Slayer’a – „Dzień bez Slayer’a to dzień stracony”. Wojtek ma w pokoju mały ołtarzyk Lemmy’ego, z którym rozmawia co wieczór przed snem, chlipiąc potem cicho, że to złoty posążek a nie prawdziwy Lemmy. To chyba słychać w naszej muzie. Muzyczne wykształcenie Jędrka i rock’n’rollowy feeling Bartka będą słyszalne na nowym materiale.

Podoba mi się, że w swoich dźwiękach śmiało łączycie różne gatunki ciężkiego hałasowania, thrash, grind, rock’n’roll. Czy taka otwarta formuła muzyczna jest dla Was receptą na uniknięcie nudy? Muzyk wybierający dość zamkniętą niszę jaką jest crossover/thrash może się rozwijać?

Chcemy się przede wszystkim dobrze bawić. Jeżeli w łapę wejdzie dobry riff grindcore’owy to nie będziemy go wywalać tylko dlatego, że to nie jest thrash. I masz rację. Różnorodność jest tutaj serum na uniknięcie nudy (aczkolwiek nie wyobrażam sobie, żeby to kiedykolwiek mogło się znudzić). Miło, że tą różnorodność doceniasz. Już się zetknęliśmy z opiniami, że takie międzygatunkowe połączenia zabijają thrash bla, bla, bla… Chcemy się dobrze bawić. Jeżeli chodzi o rozwój w thrash’u, zdecydowanie odpowiadam: tak. Żeby zrobić dobry numer, trzeba kombinować, słuchać, porównywać, uczyć się. Solówek slayerowskich nie zagram do tej pory (śmiech).

Z okładki „All Shall Burn” straszą zombie, nuklearny grzyb, jednym słowem – totalny armagedon. Które „zombie movie” najczęściej oglądaliście podczas prac na debiutancką płytą? Wolicie stare filmy o zombie czy te nowsze, bo nie da się ukryć, że w ostatnim czasie temat ten znów mocno powrócił do kina?

Driller

Driller

Totalny armagedon. Strzał w dziesiątkę. Okładka miała być totalna, przerysowana, groteskowa, oldschoolowa, „zzombiaczona” . Teraz, kiedy na nią patrzę, brakuje mi jeszcze bombowców nad grzybem, wielkiej czachy w grzybie, oddziału ludzi – kretów wykopujących się z ziemi, beczek z nuklearnymi odpadami i górujących nad wszystkim sylwetek Lemmy’ego i Bruca Campbella. To wszystko ma człowieka atakować, tak jak nasza muza. Najważniejsze jest to, że okładka jest rysowana ręcznie ( z tego miejsca pozdrawiam Piotra Krucińskiego naszego utalentowanego rysownika i najwierniejszego fana). Co do filmów to na pierwszym planie nieśmiertelna trylogia „Evil Dead” (stare wersje oczywiście, ostatnio byłem w kinie na nowej części, fajny film ale pierwowzorom do pięt nie dorasta). Dalej mamy „Braindead”, „Dawn of the Dead”, „Zombie Holocaust”, „Night of the Living Dead”, „Return of the Living Dead”… dużo by wymieniać. W filmie i muzie wszystko co stare jest lepsze. Według mnie, oczywiście.

Na płycie pojawia się kilku gości, kto i dlaczego postanowił dostąpić zaszczytu i oddać kawałek swojego talentu na potrzeby Driller?

Zanim odpowiem na to pytanie, należy zmienić biegunowość dostępowania zaszczytu. To my mamy zaszczyt gościć następujących: Mathias „Vreth” Lillmåns z Finntroll, Jules Näveri z Profane Omen, Kjell Simosas z Bob Malmstrom oraz wszystkich chłopaków z Bob Malmstrom. Finów poznaliśmy na zorganizowanym przez nas koncercie w Gdyni. Od pierwszych łyków piwa widać było unoszącą się między nami miłość (każdej parze życzę choć w połowie tak silnego uczucia). Jesteśmy teraz „przyjaciółmi w metalu” i mocno wspieramy się w naszych planach. Zorganizowaliśmy Bobom trasę w Polsce, Oni nam w Finlandii. Teraz jedziemy na 16 koncertów do Chin (to nie żart). Planów mamy więcej i są one iście mordercze.

Na swoim profilu na fb piszecie, że Driller grał koncerty z najlepszymi zespołami z Polski i Finlandii. Scena to Wasz żywioł i miejsce, w którym spełniają się marzenia o byciu gwiazdą rock’n’roll’a? Skąd te konotacje z Finlandią (nie mam tu na myśli marki napoju rozweselającego)?

Metal to nasze życie. Muza to nasze życie. Wszystko kręci się wokół muzy i metalu. Nie robimy tego dla kasy czy poklasku. Robimy to dlatego, że daje nam to najczystszą satysfakcję i radość, której nie znajdziemy nigdzie indziej. W dupie mamy bycie gwiazdą rock’n’rolla. Liczy się energia i siła, która na nas spada podczas koncertów, satysfakcja z tego co robimy i atmosfera, którą budujemy z naszymi fanami na wspólnych gigach. Te wszystkie mordy, które przychodzą na nasze koncerty, drąc się wniebogłosy, katując swoje ciało pod sceną, kupując płyty i pijąc z nami wiadra piwa po gigu są największą nagrodą.

Rozmawiał Wiesław Czajkowski