BLODIG ALVOR – awaria świata

Pooglądałem sobie zdjęcia na facebooku Blodig Alvor, młodych rockmenów z norweskiego Ålesund i doszedłem do wniosku, że fajnie jest robić muzykę w kraju, gdzie szarpidruty traktowane są jak dobro narodowe a nie boży dopust, który trzeba gdzieś upchnąć, choć nie za bardzo wiadomo gdzie. Mają jeszcze mleko pod nosem, brak doświadczenia, a jednak napierają sztuki z ulubionymi kapelami, obściskują się ze Scorpions i prezentują beztroskie banany od ucha do ucha. Nic tylko żyć i tworzyć. Niedawno wydany, debiutancki album „Mørkets Frembrudd” to poprawna dawka neo – rocka w języku wikingów (nie na darmo noszą koszulki Kvelertak i grają koncerty z Man The Machetes…), dająca nadzieję, że coś z nich wyrośnie. Czując ów potencjał, dajemy im głos na naszych łamach. Krótko i na temat, mała wizytówka grupy.


W Polsce znam Was ja i może jeszcze kilka osób, dlatego zaczynamy od podstaw – przedstawcie się i opowiedzcie, dlaczego zdecydowaliście się tłuc w instrumenta?

Jesteśmy zespołem punkrockowym z zachodniego wybrzeża Norwegii, jest nas czterech i łączy nas pasja z jaką gramy naszą muzykę. Oczywiście, mamy różne, muzyczne korzenie, pochodzimy z rożnych światów i reprezentujemy odmienne style muzyczne, jeśli chodzi o nasze korzenie. Choć oczywiście wszystko sprowadza się do wspólnego mianownika pod nazwą „czysty rock’n’roll”! Gramy na instrumentach już od jakiegoś czasu a znamy się od wielu lat, więc dość naturalne było, że w końcu założyliśmy zespół.

Czy Wasza nazwa ma jakieś znaczenie, coś symbolizuje, czy może kryje się za nią jakaś historia?

Wszystko rozpoczęło się bez nazwy, na zasadzie „zróbmy coś dla jaj”. To był taki niezobowiązujący projekt, zabawa, która z czasem przerodziła się w coś  poważniejszego.  Pierwsze dwa kawałki powstały już na pierwszej próbie, pamiętam, jak dobrze się bawiliśmy, jaka była radocha z tego, że coś nam wychodzi. Nazwa, cóż, pojawiła się dość naturalnie, myślę, że ze względu na to, że mamy całkiem poważne teksty, pasuje do nas idealnie.

Scena muzyczna w Norwegii aż buzuje od całej masy dobrych zespołów, dominuje mocny rock i czarny metal. Jak z waszej perspektywy wygląda zaś scena bliższa punk rockowi?

Punkowych zespołów nie ma zbyt wielu w Norwegii. Jest oczywiście parę niezłych i tyle. Za to mogę powiedzieć, że ukształtowało się coś na kształt swoistego stylu, który można nazwać „Oslo – punk”.

Blodig Alvor

Blodig Alvor

Wprawdzie nazywacie swoją muzykę punk rockiem, jednak ja słyszę tu tylko mocniejszy rock z lekkim klimatem bez elementów punkowych, skąd zatem wywodzi się wasz styl?

Inspiruje nas wszystko – od starego prog rocka i metalu aż po punk z lat 70 – tych. To nasza szkoła…

„Ponieważ nie chodzi nam tylko n samą muzykę, ale także o wyraźny i ważny przekaz, zdecydowaliśmy się śpiewać w języku norweskim” – taka deklaracja znajduje się na waszym FB. Możecie to wyjaśnić?

Cóż, czuliśmy, że do tego, by oddać dokładnie to, co chcemy, nasze przemyślenia, idee, najlepszy będzie rodzinny język, bo mamy pewność, że wszystko jest przekazane tak jak chcemy, cóż, po prostu nie najlepiej pisze się nam w języku angielskim.

Okładka waszej płyty jest dla mnie kontrowersyjna. Trochę taka rebelia na wyrost, że tak to ujmę – możecie wyjaśnić jej znaczenie?

Historia tej okładki wyjaśniona jest w tekstach. Śpiewamy o tym, co  widzimy – źle funkcjonujące nowoczesne społeczeństwo, które oszukuje samo siebie. To dla nas bardzo silny sygnał, że świat, w którym żyjemy trapi jakaś awaria, która doprowadzi do katastrofy, jeśli nie dzisiaj, to za kilka lat. Może zabrzmi to dziwnie, ale potrzebujemy anarchii, żeby na nowo stanąć na właściwej drodze jako społeczeństwo.

Jakieś słowo na koniec?

Może koncert w Polsce?

Rozmawiał Arek Lerch