BLACK TUNDRA – Do słuchania przy rozstaniach i pogrzebach

Oryginalność warszawskiej Black Tundra nie polega na kroczeniu po ścieżkach awangardy, lecz na wyraźnym ukierunkowaniu się na emocje – najczęściej skrajne, przepełnione bólem i mrokiem, ale przy tym też bardzo autentyczne. To właśnie dzięki nim debiutancki materiał zespołu nie brzmi, jak kolejna kopia Electric Wizard, lecz jest czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Sami twórcy zdają się być tego świadomi, nie tracąc przy tym rozsądku i… czarnych myśli. Próżno szukać optymizmu na „Black Tundra”. Nie spodziewajcie się go także w poniższej rozmowie.

„Black Tundra” to – choć nie przepadam za tym określeniem – bardzo dojrzały album. Gdybym nie wiedział, że to debiut, pomyślałbym, że macie na koncie przynajmniej ze dwie-trzy płyty. Zdradźcie, gdzie zbieraliście szlify przed narodzinami Black Tundra oraz jak długo kwitła w Was idea nagrania tak potężnego albumu.

I słusznie myślisz, bo każdy z nas ma jakieś płyty na koncie, poza Black Tundrą. Blonds nagrał płytę z Dopelordem, Marcin z Hidden Haze, Tomek z Sattelite Beaver. Z naszym debiutem poszło dość szybko – w pierwszej połowie 2016 spotkaliśmy w sali prób, a już w grudniu zagraliśmy pierwszy koncert z Weedpeckerem i Belzebongiem, grając 80% materiału. Odpowiadając na twoje pytanie – nie wiem jak długo kwitła w nas idea nagrania naszej płyty, ale patrząc na naszą pracę – zajęło to kilka miesięcy. Frustracje, rozczarowania i mizantropia rosła w nas przez lata, każdy z nas dobrze rezonuje z resztą zespołu, więc chyba dlatego tak poszło nam tak szybko.

Mimo, że z grubsza pasujecie do całego sludge’owego towarzystwa, muzyka Black Tundra niekoniecznie nadaje się do palenia trawki – no chyba, że ktoś chce mieć bad tripa. Skąd w Was tyle negatywnych emocji, że wypluliście tak depresyjny, mroczny materiał?

Jednolita odpowiedź jest trudna – ja uważam (Marcin Skarżyński – wokal, bas), że Black Tundra nadaje się idealnie pod różne narkotyki, nie wszyscy nadają się jednak na narkotyki z Czarną Tundrą. Nasz materiał jest zróżnicowany, ale rzeczywiście – jest w nim dużo porostów i wiecznej zmarzliny. Z drugiej strony „Blinded By The Northern Lights” idealnie pasuje na rodzinny piknik w parku. Ale zgadzam się, na płycie jest dużo mroku. Nie ma specjalnego powodu, dla którego zrobiliśmy taki materiał. Ponure z nas typy, świat jest nieprzyjemny, a na wszystkich czeka śmierć, często bolesna, a na pewno pełna samotności. My do tego zestawu dokładamy trochę melodii i parę przestrzennych riffów. Tomasz [Sikora – gitara] z kolei widzi w tym wszystkim zdrowym sposób na radzenie sobie z czarnym, ponurym światem – pewien rodzaj oczyszczenia. Tomasz na przykład lubi na trzeźwo mierzyć się z potworami.

Do słuchania przy rozstaniach i pogrzebach

Do słuchania przy rozstaniach i pogrzebach

Sądzisz, że z takim podejściem do tworzenia muzyki, pasujecie do ogółu polskiej sceny?

To jest bardzo enigmatyczne pytanie, tak samo enigmatyczne jak polska scena i jej inspiracje. Nie mamy pojęcia jak tworzą inni (śmiech).

Pytanie w ogóle nie było enigmatyczne, ale bardzo zaciekawiło mnie, że tak określacie rodzimą scenę sludge. Jest enigmatyczna tylko dla Was, czy to po prostu jakaś wielka niewiadoma? Trudno mi uwierzyć, że choćby w najmniejszym stopniu nie śledzicie nowości. 

Chodzi nam o to, że nie poczuwamy się do oceny sceny sludge w Polsce. Ani w innym kraju. Wiemy, że dużo łatwiej założyć zespół w Polsce niż np. w Brazylii, bo mamy znacznie więcej miejsc do grania w okolicy, mniejsze odległości do pokonania. To jest fakt. My gramy koncerty w większości z nie-sludgowymi zespołami – zazwyczaj są to zespoły ze sceny stoner, doom, graliśmy też z The Sky Is – czyli post-rockowym zespołem. Nie trzyma nas hermetyczne przywiązanie do sceny.  Z ostatnich wydawnictw całkiem w porządku była O.D.R.A., ale więcej z nas nie wyciągniesz.

Współczesna scena sludge/doom jest dla Was w ogóle jakąś inspiracją? Przyznam szczerze, że Wasze brzmienie jest dość oryginalne, ale da się wychwycić pewne nawiązania do Neurosis, YOB czy Pallbearer. To dobre drogowskazy, czy raczej silę się na zbyt daleko idące wnioski? 

Oczywiście, że jest dla nas inspiracją. U każdego jest inaczej – Marcin nie zgadza się z Dave’m (gitara) co do Pallbearera, Blonds (perkusja) nie kocha SUMY, jak reszta – ale jest to najważniejsza inspiracja. Kiedy nagrywaliśmy płytę, na pewno nie chcieliśmy robić kolejnej kopii Weedeatera, a już na pewno nie kolejnego zespołu grającego, jak Electric Wizard. Słuchamy całej masy innych rzeczy spoza sceny sludge/doom, więc pole inspiracji jest bardzo szerokie, przy czym nie mamy wielkich ambicji co do unikalnego brzmienia i kompozycji. Przede wszystkim zależało nam na spójności płyty i żeby oferowała solidny wpierdol. Tak żeby ludzie mieli wysokiej jakości produkt do słuchania przy rozstaniach i pogrzebach, ewentualnie przy samotnym zamarzaniu z dala od społeczeństwa.

Co jest złego w graniu jak Electric Wizard? Pytam, bo słuchając co niektórych kapel odnoszę wrażenie, że osiągnięcie identycznego brzmienia wydaje się być ich głównym – o ile nie jedynym – celem.

Nic nie jest złego w graniu jak Electric Wizard, problem polega raczej na narastającej inflacji takich zespołów. U nas brzmienie jest bardzo ważne, ale nasza uwaga skupiała się na tym, czy wszystko do siebie pasuje i czy przypadkiem nie wyjdzie na to, że kserujemy zespół X albo Y. (Marcin): Ostatnio znalazłem zespół Black Tomb i mimo, że zupełnie nie ma w nim nic nowego, to jest to całkiem przyjemny materiał. Ciągłe poszukiwanie nowych form to jedno, ale doszlifowywanie istniejących patentów to równie istotna praca.

Słuchając Waszego debiutu odnoszę wrażenie, że udało Wam się znaleźć złoty środek – nie popadacie w paranoję i nie próbujecie wymyślić koła na nowo, a przy tym staracie się podążać własną ścieżką.

Ciężko znosimy komplementy, a tak odczytujemy twoją opinię. Ale dzięki. Zdecydowanie nie wymyślamy niczego na nowo. Staramy się tylko zgnieść wszystko w polu rażenia hałasem i depresją. Krótko mówiąc, zgadzamy się z Tobą.Black Tundra 2

Wróćmy tymczasem bezpośrednio do „Black Tundra”. Ciekawi mnie, czy szukacie wydawcy, tudzież może ktoś sam próbował się do Was zgłosić? Potrzebujecie w ogóle wsparcia jakiejkolwiek oficyny?

W ogóle nie szukamy wydawcy. Jesteśmy zbyt mali na taką zabawę. Póki co, wszystko robimy DIY i dobrze nam z tym. Fajnie byłoby mieć kogoś, kto załatwiałby promocję i koncerty, ale najpierw musimy odpracować swoje. Istniejemy lekko ponad rok, więc nie mamy żadnych oczekiwań. Staramy się grać jak najwięcej, to jest priorytet. I powoli zbieramy nowy materiał – ale jest za wcześnie, żeby mówić o nowej płycie. A czy potrzebujemy wsparcia? Wiadomo, że im więcej pomocy w rozprzestrzenianiu naszego smutnego materiału, tym lepiej. Na pewno nie byłaby to dla nas krzywda.

A propos koncertów – w najbliższym czasie będziecie grać przed Demonic Death Judge, wcześniej graliście wspólnie z Unearthly Trance, Suma czy Weedpecker. Czy któryś z koncertów, który do tej pory graliście, okazał się dla Was szczególnie ważny? 

Na pewno koncert w Pijanej Czapli (Olsztyn, 1 VII 2017) z Weedpeckerem. To pierwszy i jak na razie jedyny koncert poza Warszawą. Przyszło sporo ludzi, nam grało się super i dzieliliśmy scenę z ziomeczkami z Weedpeckera. Bardzo dobrze grało nam się także w Chmurach z The Sky Is (10 IV 2017). Zobaczyć Sumę na żywo to też okazja, której nie darowalibyśmy sobie przepuścić. Blonds miał wtedy jakąś robotę, ale powiedzieliśmy, że ma wbić i zagrać, nawet kosztem pracy. Na szczęście wyrwał się na 2 godziny. Mam wrażenie, że im więcej gramy, tym lepiej się ze sobą czujemy i na wcześniejsze koncerty patrzymy, jak na szlif przed obecnymi. Znowu musimy zaznaczyć, że jest jeszcze za wcześnie na podsumowania etc., na razie jest znacznie więcej przed nami niż za nami.

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: materiały zespołu