ZNANE PRZYJEMNOŚCI – Tribute to Joy Division

Nie będę owijał w bawełnę: pisanie relacji z koncertu uważam z grubsza za stratę czasu. Co komu po historii o wydarzeniu, którego nie miał okazji doświadczyć? Takie teksty sprawdzają się najlepiej, kiedy jakiś zespół jest właśnie w trasie, i jeżeli jesteś nim zainteresowany/-a i akurat za parę dni będzie on w twoim mieście, to może warto przeczytać, gdzie grali chwilę temu, i w jakiej są formie. Faktem jednak jest, że bywają wyjątki. Kiedy raz w roku ma miejsce cykliczna impreza i można posłuchać na żywca klasyków Joy Division, pisanie zaczyna mieć sens. Kiedy w kwietniu zeszłego roku widziałem The Shipyard grających kawałki legendy post-punka, byłem zachwycony. I nie inaczej było w miniony piątek.

The Shipyard, Wydział Remontowy, Gdańsk, 20. 05. 2016

Jest krótko przed północą, kiedy opuszczam Wydział Remontowy. Noc jest ciepła, nawet przyjemna. Na mojej drodze ludzie rozsiani po murkach i krawężnikach palą fajki, piją piwo i gawędzą. Jestem po świetnym koncercie, ale nie mam ochoty wracać na kwaterę. Coś mi nie gra. Coś mnie gryzie, i nie wiem, co, i to nie jest nastrój, w którym mam ochotę wracać do domu. Idę więc do niezawodnej knajpy na Starym Mieście. Na miejscu siadam przed ladą i spotykam znajomego, realizatora dźwięku. Pyta mnie, czy nie napiłbym się z nim wódki, ale odmawiam i proszę barmana, żeby polał mi Staropramena.Shipyard2
– Jak tam? – pytam znajomego.
– A luzik, jutro z rana w trasę – odpowiada. – A u ciebie?
– A byłem właśnie na coverach Joy Division.
– Na coverach Joy Division?
– Ta. Shipyard grał przed chwilą, w Wydziale.
– To odważne, grać covery Joy Division.
Zaczynamy dyskutować. Znajomy wychodzi z założenia, że covery są generalnie be, zawsze wypadają źle w stosunku do oryginału, i po prostu nie należy tego robić, i kiedy wymieniamy się przykładami nieraz się z nim zgadzam, ale przy Joy Division w wykonaniu The Shipyard poczucie frajdy bierze górę, bowiem dali oni dziś znakomity koncert, jednych z najlepszych, jakie miałem okazję widzieć w ostatnim czasie. Zresztą, jak jesteś fanem, gdzie dziś możesz usłyszeć na żywo utwory Joy Division? Na stadionie, gdzie na wielkiej scenie basista Peter Hook uprawia jakieś nostalgiczne celebracje? No właśnie. Brytyjczycy za czasów swojej chwilowej działalności grali w klubach, prawdopodobnie niekiedy rozmiarów właśnie takich jak Wydział Remontowy, gdzie jest ciasno i gdzie introwertyzm tej muzyki szarpie jak należy. The Shipyard po raz kolejny zabrzmieli doskonale i ponownie dla pełnej chaty. Mają oni te numery w jednym palcu, czuć, że te piosenki są im bliskie i uwielbiają je grać. Jak w zeszłym roku zaczęli od „She’s Lost Control” nie przypuszczałem, że dreszcze przyjdą już na starcie, a tym razem, gdy zapowiedzieli się „berlińskim” Davidem Bowie i rozpoczęli „Atrocity Exhibition” od razu byłem kupiony. Na start poszły numery trudniejsze albo mniej znane, jak chociażby „These Days” albo „Ice Age”. Szlagiery dali potem, i to one wywołały najwięcej emocji. „Isolation”, „Transmission”, momentum przyszło w postaci jednej z najbardziej poruszających piosenek lat 80., czyli, rzecz jasna, „Love Will Tear Us Apart”, a wszystko to zamknęli przepięknym „Atmosphere”.
– A jak ludzie? Była wieś? – pyta znajomy.
– Nie – mówię – nikt nie robił wsi, żadnych komórek, widać było, że ludzie przyszli dla muzyki.Shipyard1

Piątek przygasa, więc muzyka w knajpie też się zmienia. I tak się akurat składa, że rozbrzmiewa „She’s Lost Control”, i kiedy patrzę na czerwony stempel na przegubie, piecze mnie jak świeża pieczęć, bo wraca do mnie, że trafiłem w Wydziale na dziewczynę, na którą nie chciałem trafić, ale prędko odganiam to myślą, że to w sumie niesamowite: widzieć jak żywo, z jakim podnieceniem, z jaką radochą, ludzie reagują na te piosenki, co jest najlepszym dowodem na to, że dziś Joy Division to nie jakaś tam modna muza dla chudych, bladoskórych dziewcząt lubiących smutek, tylko po prostu doskonała muzyka, która, choć napisana prawie czterdzieści lat temu, nadal ma siłę. The Shipyard grał „po swojemu”, ale oddał sprawiedliwość tym kawałkom. Można by się czepiać braku klawiszy w paru utworach, być może emulowanie nerwowej, rozedrganej prezencji scenicznej Iana Curtisa to też nienajlepszy pomysł, ale to ostatecznie są detale. Na te półtorej godziny fantastyczni muzycy przenieśli mnie w świat kwartetu ze Salford, świat emocji trudnych i niekoniecznie miłych, i nie miało to nic z amatorskiego przedstawienia cover bandu.
Grać tak dobrze, z taką werwą, z taką pewnością siebie, numery takiego zespołu – coś wspaniałego.

Relacjonował: Jacek Szafranowicz

Zdjęcia: Marek Emesz Szeremeta