WHITE LIES – Bez zaskoczeń.

Koncert zespołu młodzieżowego za nami. Jak było? Fajnie. Młodzieżowo, mógłbym napisać, bo faktycznie wiek po uśrednieniu oscylował gdzieś poniżej dwudziestki. Ale dobrze, że gówniarstwo, zamiast siedzieć przy komputerze rusza do klubu. White Lies, mimo czwartej płyty na koncie, nadal jest stosunkowo elektryzującym towarem a w Polsce zawsze mogą liczyć na gorące przyjęcie. Muzycznie? Cóż, gdyby Papa Dance w 85 roku wiedzieli, że 31 lat później parapety będą tak popularne, to… Ale bez złośliwości, bo przecież wiadomo, że o zabawę chodzi a takową dostarczają właśnie  Brytole i robią to na niezłym poziomie.

White Lies, The Shipyard, Warszawa, Progresja, 03.11.2016r.

Wyjaśnijmy sobie od razu – lubię ten zespół, bo nie oczekuję niczego oryginalnego. Idąc na koncert chciałem usłyszeć parę hiciarskich refrenów, pośmiać się z patetycznej atmosfery nadmuchanej do rozmiarów sterowca i wyjść z bananem na ryju. I tak właśnie było.

Na początek suport (zdążyłem!!!). Podoba mi się taka idea: JEDEN, dobrze dobrany rozgrzewacz, znający swoje miejsce i respektujący harmonogram imprezy. The Shipyard wyszedł na scenę punktualnie o 20.00 i wykorzystał perfekcyjniethe-shipyard dane mu pół godziny. Niczego więcej nie chciałem. Bardzo lubię ten zespół, czego dowód nie raz dawałem na naszych łamach, teraz mogłem posłuchać kilku kawałków z trzech dotychczasowych płyt. Były starsze i nowsze piosenki, oczywiście z ukłonem w stronę Niebieskiej Linii. Koncert zakończyli zresztą wałkiem tytułowym i to w prawdziwie ekstatycznym stylu, rozbudowując wersję płytową. Ruch na scenie był, brzmienie przyzwoite, wykonanie bardzo dobre. Wszystko się zgadzało. Ok, mogły być inne światła, nieco, hmmm, bardziej mroczne. No i wokalista niepotrzebnie umizgiwał się do fanów White Lies, ale podciągnijmy to pod kurtuazję. Dobry koncert.

White Lies nie gwiazdorzyli, wyszli na scenę także punktualnie i bez zbędnych słów ruszyli z kopyta. Tu nie ma miejsca na wyginanie kręgosłupa kompozycji, liczy się perfekcyjne wykonanie piosenek z płyt. Perfekcyjnie głównie ze względu na TE refreny. Nic, tylko wzbić się w przestworza. Było nieźle, zespół zagrzewany przez entuzjastyczny i spory tłum rzucał hit za hitem. W sumie, to dobrze obmyślony skład – poprawny, ale solidny i dobrze brzmiący perkusista. Wynajęty na trasę klawiszowiec (swoją drogą, to mały paradoks, że odgrywaniem chyba najważniejszych partii w muzyce White Lies zajmuje się najemnik…) i wokalista, który umie śpiewać. Nie liczyłem, że jakoś specjalnie się ubiorą, ale zderzenie wizerunku Harry’ego McVeigha (w trampkowym stylu à la „chłopak z sąsiedztwa”) z patetycznymi refrenami trochę śmieszył, ale co tam. Na deser zostawiam sobie basistę – Charles Cave powinien od zespołu dostawać podwójną dolę, bo jego zaangażowanie, sposób gry i wirtuozeria (w kontekście prościutkiej w sumie muzyki…) budzą szacunek. No po prostu Cliff Burton synth popu.white1

Repertuar? Chyba nikt nie był zawiedziony. Szlagiery leciały jeden za drugim. Bez kolejności – min. „To Lose My Life”, „Morning in LA”, „Hold Back Your Love”, „Is My Love Enough”, „Farewell To The Fairground”, „Death” czy „Don’t Want To Feel It All”. No i Big TV oraz „Bigger Than Us” jako bisy. W zasadzie jedna wielka zabawa. Harry nie przestawał rozwodzić się jak to super znowu być w Polsce, jacy jesteśmy fajni i jak nas kocha. Słodko było niemiłosiernie. Ale te wszystkie oklepane do wyrzygania zagrywki składały się na kompletny szoł, który był dokładnie white2taki jak sobie wyobrażałem. Żadnych odstępstw od normy, zaskoczeń czy zgrzytów. Tak jak poprawnie zostały odegrane te numery, tak samo poprawie dramaturgicznie przebiegał cały występ. No, może liczyłem na nieco ciekawszą oprawę sceniczną, nawiązującą np. do okładki Friends. Dostałem za to komplet stroboskopów ustawionych z tyłu sceny, mających chyba w założeniu udawać klasyczne neony, nawiązujące do kiczu lat 80. Swoją drogą, czasami nap… po oczach aż bolało. Z kolei brzmienie, szczególnie, kiedy stanęło się w większej odległości od sceny, było idealne, z naciskiem na piękną panoramę syntezatorów. Zdecydowanie duży plus.

Podsumowując – koncert na miarę oczekiwań. Nadal uważam, że czas najwyższy by Brytole zerwali ze schematyzmem ostatnich płyt i… nadal będę czekał na kolejny, taki sam krążek White Lies. Póki co, baj, baj lata 80. Czas wrócić do listopadowej rzeczywistości 2016.

Arek Lerch

Zdjęcia: Zany Fotograf z Warszawy