VIRGIN SNATCH – maszyna do zabijania

Krakowscy metalowcy z Virgin Snatch przez lata zbierali cięgi od większości fanów łomotu w kraju. Ci undergroundowi mocno jechali po nich za zbyt oczywiste zrzynanie z zachodnich zespołów i plastikowe brzmienie. Z drugiej strony, po przeciwnej stronie barykady stawali – i stają nadal – ludzie tacy jak ja, którzy mają gdzieś PR’owskie teksty Mystic, a na pierwszym miejscu stawiają muzykę, która niezależnie od składu tego zespołu, odznaczała się profesjonalizmem i wkurwieniem, którego inne thrash/death metalowe hordy nie pojmowały. Środkowy palec Zielonego wymierzany w stronę polityków i fałszywej sceny jeszcze długo będzie kłuł w oczy hejterów. I szkunie.

Virgin Snatch, Częstochowa, Galeria Teatr from Poland, 10.05.2014r

Koncert Virgin Snatch w Częstochowskiej Galerii Teatr from Poland odbył się w ramach nowej inicjatywy nazwanej Peronem Częstochowa. Dlaczego taka nazwa – odsyłam do profilu facebookowego imprezy. Dla mnie, nowego mieszkańca „medalikowa”, idea trochę dziwna, ale cieszę się, że pierwszy drugi majowy weekend wypełniły dobre koncerty. Występy zespołów poprzedzających gig krakusów ominąłem z racji na obecność na hardcore/punkowym grillu w innej części miasta. Z tego co udało mi się dowiedzieć, bezpośredni support Virgin Snatch pokazał się z co najmniej dobrej strony, więc przy najbliższej okazji sprawdzę, co też w Częstochowskim metalu piszczy.Virgin Częstochowa

Danie główne drugiego dnia Peronu zameldowało się na deskach TFP o godzinie 22.00. Niestety, pod sceną zameldowała się może nie garstka ludzi, ale niezbyt pokaźna grupa fanów death/thrashowego łomotu. Na całe szczęście, większość z nich była obeznana z materiałem gwiazdy wieczoru, więc jako tako „lipy nie było”. Kwintet z Krakowa (i w małej części z Warszawy…) rzadko kiedy dawał zebranym chwilę ona oddech – czego można było się spodziewać. Premierowe utwory – takie jak singlowe „Devil’s Ride”, czy „Escape From Tomorrow” doskonale sprawdziły się na żywo. Przyznam, że był to mój pierwszy gig VS od wielu lat i prawdę mówiąc, niewiele się zmieniło. Jedynie Zielony ściął włosy i zaciąga coraz bardziej jak Warrel Dane – reszta, to nadal sprawna, koncertowa maszyna do zabijania, która młóci ile sił. Brzmieniowo na własne nieszczęście, tak jak każdy inny metalowy band w TFP polegli z akustyką klubu. Co najśmieszniejsze, najlepiej brzmieli – na zewnątrz (SIC!). Przynajmniej tam dobrze było słychać triggerowaną perkusję, czy bas Anioła.

Mimo to, set VS w pełni mnie zadowolił. Jako, że jestem fanem materiału z „In The Name of Blood” każdy hicior z tamtej płyty wywoływał na mej twarzy szeroki uśmiech. Szkoda tylko, że materiał z „Art Of Lying” kompletnie odszedł w zapomnienie, ale cóż, bywa.

Grzegorz „Chain” Pindor

Zdjęcie: archiwum zespołu