THURSTON MOORE – Wciąż żywa materia

Trochę obawiałem się tego koncertu. Tytuł wydarzenia „Ecstatic Peace Library Love-In/Poetry & Music” mógł oznaczać eksperymenty, a ja miałem po prostu ochotę na zestaw jazgotliwych piosenek. Nad samą decyzją, czy wybrać się do klubu, czy zostać w domu, nie zastanawiałem się się jednak zbyt długo, bo raz, że Thurston Moore to Thurston Moore, Sonic Youth to moja odwieczna, trwająca już ponad dwie dekady miłość, a dwa, że Pardon, To Tu to koncertowe miejsce jedyne w swoim rodzaju, gdzie klimat jest niepowtarzalny, a kontakt z artystą intymny i kameralny – na wyciągnięcie ręki.

Thurston Moore, Dj Jo Jo, Warszawa, Pardon, To Tu, 02.07.2015

Gdy dotarliśmy pod klub, trwała próba i dźwięki wydobywające się z sali błyskawicznie rozwijały moje wątpliwości – jest żywy bębniarz, lecą numery – będzie regularny set. Zajęliśmy miejsce pod samym mikropodestem sceny, gdzie po dłuższej chwili, wywołany oklaskami publiczności, pojawił się oczekiwany kwartet. Ponieważ nazwa wydarzenia obwieszczała, że będzie to wieczór muzyki i poezji, mieliśmy okazję usłyszeć set przeplatany wierszami z tomiku, a właściwie sporego tomu Moore’a – „Stereo Sanctity: Selected Lyrics And Poems”.T3

Królowała jednak muzyka, a ta zachowała tego wieczoru pierwiastek magii znany z najlepszych płyt Sonicznej Młodzieży. Moore jaki jest, każdy wie. Filar nowojorskiej bohemy starzeje się zachowując twarz dziecka. 56 lat, z czego większość w służbie sztuki hałasu. Wszystko się zmienia, na szczęście na przesterach wciąż pala się lampki. Debbie Googe, znana z My Bloody Valentine, to basistka mająca swój niepowtarzalny, pełen gracji styl gry. Fajnie się ją ogląda w akcji, szczególnie z odległości metra.T

Sedwards to uznana marka wśród gitarzystów. Jego gra doskonale uzupełnia się z grą lidera. Natomiast zamiast Steve’a Shelley’a za bębnami mogliśmy obejrzeć perkusistę, którego nazwiska nie znam, a i na plakacie nie został wymieniony. Nieobecność Shelley’a nie wydawała się jednak bardzo dotkliwa, ponieważ jego zastępca dobrze wypełniał swoje zadanie. Zespół na scenie dogaduje się bardzo dobrze, a numery w wersji live hipnotyzują nie gorzej niż w wersjach płytowych. Wystarczy wspomnieć znakomity „Speak To The Wild”, czy „Grace Lake” z ostatniej płyty. Osobistą perełką był dla mnie drugi i ostatni bis w postaci „Ono Soul” z debiutanckiej płyty Moore’a „Psychic Hearts” z 95′ roku. T2

Żarty z publicznością, bezpośrednia bliskość zespołu, deklamacje wierszy, niczym na spotkaniu beatników, a przede wszystkim tętniące życiem i wibrujące dźwięki sprawiły, że tego wieczora dostałem więcej niż się spodziewałem. Przez chwilę wyobraziłem sobie nawet, że chwytam stojącą obok mnie żonę za rękę i tak jak bohaterowie teledysku „Dirty Boots” obydwoje wskakujemy na scenę, gdzie wpadamy sobie w objęcia i całujemy się dopóki ktoś z powrotem nie strąci nas w tłum. Rozmarzyłem się? Może, ale wieczór temu sprzyjał. Dobrze, kiedy starzy bogowie zachowują w naszych oczach godność i zamiast dawniej wielkich, a dziś nijakich, wyliniałych i bezbarwnych niegdysiejszych tuzów, mamy kontakt z wciąż żywą, muzyczną materią zdolną poruszyć i inspirować. Przynajmniej ja tak czułem, a tego nikt mi nie odbierze…

Delektował się i fotografował Łukasz Szymański