THE YOUNG GODS – mechaniczny puls

Progresja, 22.02, Warszawa

Ostatnimi czasy chodzę na występy zespołów, co do których nie mam żadnych, konkretnych oczekiwań i dlatego dostaję miłe prezenty. Tak było i tym razem, bo wbrew nastawieniu z koncertu legend industrialnego rocka, dzisiaj bardziej skłaniających się w stronę rockowego elektro, wyszedłem wielce uśmiechnięty…

A mogło się zdarzyć się, że moja noga nie stanęłaby w progresyjnych progach. Wszystko za sprawą mrozu, który tego dnia postanowił zrobić wszystko, by namalować na mojej twarzy lodowe wzory. Już miałem odpuścić i z przekleństwami uciekać do ciepłego mieszkania, kiedy podjechał autobus linii 523, ratując moją  wolę przed totalną klęską. W klubie zameldowałem się tuż po rozpoczęciu gigu. Warto dodać, że nie było tym razem żadnych suportów, co może i dobrym zwyczajem się staje; perspektywa wysłuchiwania np. pięciu kapel poprzedzających zespół, na który akurat z niecierpliwością się czeka, nie zawsze jest miła.

Co do samych Młodych Bogów – patrząc na nich nie mogłem się pozbyć uśmiechu. Ot, starsi panowie, mocno naznaczeni czasem, nie skąpiącym im zmarszczek, pusta scena, sampler, mały zastaw perkusyjny. Promocja płyty „Everybody Knows”, które to dzieło pokazuje bardzo różne inspiracje Szwajcarów. Niegdysiejsi, industrialni rewolucjoniści wypadli tego dnia nadzwyczaj muzycznie. Okazało się, że dźwięki, które mogły prowokować obawy o nadmierną dawkę hałasu, są bardzo, bardzo poukładane i wypieszczone a przede wszystkim perfekcyjnie odegrane. Clou wieczoru stanowiła organiczna współpraca samplera z perkusją, dzięki czemu przez cały czas można było delektować się zapętlonym, mechanicznym pulsem, który potrafił bardzo szybko porwać najbardziej skostniałe ciało. Wręcz chciało się tańczyć, a maniera wokalna Franza Treichlera (nadal w doskonałej formie…) dodawała muzyce jakiejś podskórnej erotyki. Wspomniałem o tym, że był to bardzo muzyczny wieczór. Dokooptowanie do grupy gitarzysty/basisty spowodowało, że momentami robiło się rockowo, choć nie przesadzałbym z peanami na cześć tegoż muzyka. Jego rola była dość ograniczona w stosunku do reszty (na bisy nie pojawił się wcale…), choć w niektórych momentach gra wprowadzała do propozycji Bogów zdecydowanie odświeżające wibracje. Chyba lepiej sprawdzał się szarpiąc cztery struny, co, na szczęście, czynił nader często. Franz, który zresztą załatwiał cały ruch na scenie, czuł się w swojej roli doskonale, dziękował ludziom, że przybyli (cóż, tłoku nie było…) mimo złej pogody na koncert i zabawiał się statywem z podłączonym do jego podstawy reflektorem. Momentami dawało to fajny efekt wizualny, uzupełniając dość mało atrakcyjne, jak na rodzaj muzyki, światła (oj, przydałyby się jakieś wizualizacje…).

Nie będę się pastwił nad set listą, bo przyznam, że wszystko zlało mi się w jeden, trasowy, taneczny beat, podzielony na kilka części, po których zespół gromadnie schodził ze sceny. W zasadzie poleciała cała nowa płyta (szczególnie „Miles Away” zrobiło na mnie wrażenie no i pięknie zapętlony „Once Again”…), świetnie przearanżowany został znany z debiutu kawałek „Envoye”, który na żywo wpadał w niemal szamański klimat.  Były oczywiście jakieś numery z poprzedzających „Everybody Knows” krążków i  najbardziej znane hity typu „Gasoline Man”, „Skinflowers” czy „Kissing The Sun”.  Dla mnie liczyło się to, że koncert jako całość przekonywał dużo bardziej niż wersje płytowe poszczególnych utworów.  Spójność  tematów, znakomite dźwięki wydobywane z grającego pudełka i kilka okazjonalnie większych uderzeń hałasu, pokazującego, że nie na darmo nazywano zespół prekursorami industrialu. Przy takich Einsturzende Neubauten czy SWANS Szwajcarzy to po prostu dobra kapela klubowa, która swoją muzykę tworzy po to, by wprawić ludzi w podrygi, zaś dysonanse sprowadza do roli ozdobników a nie meritum dźwiękowej propozycji. Solidny, dobrze nagłośniony i profesjonalnie zagrany koncert. Być może to wiek skłonił muzyków do bardzo ludzkiego traktowania publiczności, choć miejscami, gdzieś podskórnie oczekiwałem bardziej zimnego podejścia do swoich emocji, coś a la Kraftwerk i inne maszyny; przecież to fabryczny zgiełk miał triumfować nad duchem.

Może sarkazm jest nie na miejscu, bo zespół, mimo ponad dwóch dekad hałasu na karku, zachował swoją siłę i nadal  – to trzeba przyznać bez złośliwości – jest w stanie udźwignąć bądź co bądź zobowiązującą nazwę…

Freak Kozodupnik