THE MARS VOLTA – dandysi rocka

Czytelnikom, którzy nigdy nie zaczerpnęli choćby namiastki magicznej aury kulturalnego Trójmiasta wyjaśnię na wstępie, że festiwal Open’er służy nam tutaj do samookreślenia się w ramach subkultury fanów muzyki. Popularny „Heniek” jest tym, czym dla metalowca zespół Vader – stosunek doń określa poziom rozeznania w temacie i pozwala odnaleźć się w stadzie. Rokrocznie, w miarę ogłaszania występów kolejnych zespołów, społeczeństwo Pierwszego Świata rozwarstwia się według zasadniczego podziału na dwa obozy. Jedni emitują ekstatyczne westchnienia na myśl o koncercie Coldplay (zwykle dlatego, że na inne w tym roku już nie pójdą) i narzekają, że „rok temu skład był lepszy”. Drudzy prychają z pogardą na myśl o wspieraniu sekty z Myśliwieckiej, oddychaniu tym samym powietrzem co skrzeczące nastolatki w kaloszach, i narzekają, że „rok temu skład był lepszy”.  Są wreszcie wypchnięte na margines jednostki, których podobne problemy nie trapią, zwyczajnie cieszą się, że będzie okazja obejrzeć na żywo ze dwa świetne zespoły i idą na koncert Mars Volta bez jałowego rozkminiania szerszego kontekstu i zabójczych dla psychiki dylematów „czy mi wypada”.

07.07.2012, Gdynia, Open’er Festival

Niezależnie od tego, czy zagraliby koncert rewelacyjny czy żenujący, The Mars Volta pozostaje jednym z największych rockowych objawień ubiegłego dziesięciolecia. Trzeba było być fanem Comy, żeby nie zachwycić się debiutanckim „De-Loused in the Comatiorum”, a dalej było już tylko lepiej, przynajmniej przez dwie kolejne płyty. Rock progresywny XXI wieku zyskał twarz inną niż smutne wejrzenie Steve’a Wilsona, a Geddy Lee przestał być najbardziej irytującym wokalistą w historii. Dziwnym nie jest, że oczekiwania względem tego koncertu były niebotyczne, i gdzieś musiały rozbić się o rzeczywistość. Problemem nie był raczej stosunkowo skromny tłumek pod sceną, bo spłoszone hałasem nastolatki wyglądały całkiem pociesznie. Nie było nim też brzmienie, chociaż łupanie centralki biło po żebrach jak bracia Kliczko, a wokal momentami zapiszczywał nawet gitarę. Bynajmniej nie chodziło o zaangażowanie, energię czy grę muzyków, bo to światowa ekstraklasa wymiataczy, a narcyzm i zapał do tańca Cedrica zadziwił nawet osobników, którzy rok wcześniej oglądali na tej samej scenie pląsy niejakiego Prince’a. Mimo ogromu nut i ogromu wrażeń, chwilami miałem wrażenie, że ciśnienie i napięcie osiada, a zespół komunikuje się kodem zrozumiałym tylko dla siebie nawzajem. W powodzi jazzrockowego rozimprowizowania na punkowych obrotach najbardziej przemówiły do mnie momenty najbardziej chwytliwe – otwierający „Aegis”, marszowy „The Malkin Jewel” i szlagier-sercołamacz „The Widow”, czyli znakomite kompozycje, którymi The Mars Volta zawsze stała, niezależnie od eksperymentalnego zacięcia ich muzyki.

Żeby było jasne, w żadnym razie nie był to koncert zły. Być może subiektywnie wyrobiłem sobie wyobrażenie, które gdzieś rozbiegło się z istotą tej muzyki. Oglądanie koncertu The Mars Volta przypomina trochę rozmowę z Jackiem Dukajem – i tak jest mądrzejszy niż my wszyscy, więc nie ma sensu choćby próbować za nim nadążyć. Nic w tym złego, ale ogarnięcie ich artystycznej wizji jest chwilami jak próba skomunikowania się z Rain Manem. Jeśli wyniosłem z tego koncertu jakąś refleksję natury ogólnej, to taką, że The Mars Volta jest chyba jednym z ostatnich takich zespołów, prawdziwych dandysów rocka, bez kompleksów sięgających po jego najbardziej artystowską i skompromitowaną formułę, tę z przedrostkiem „art.-”. Kolosalnie rozrośnięte ego łączy się tu z ogromną kreatywnością, stachanowskim etosem pracy, erudycją muzyczną i umiejętnościami, dla których nie ma ograniczeń.  Nie zawsze ma to przełożenie na nagrywanie genialnych płyt, czasem i bardzo dobry koncert okaże się ciągle nie dość znakomity, ale jeśli Mars Volta poszłaby w rozsypkę, nie byłoby nawet komu pozostawić tego niedosytu.

 Bartosz Cieślak