SUFFOCATION – pozytywne zaskoczenie

Symptomatyczny koncert dla współczesnej, metalowej sceny? Być może, bo pokazał z jednej strony kondycję muzyczną, z drugiej – kondycję tzw. „fanowską”. I o ile forma staruszków z Suffo mnie ucieszyła, o tyle ocena słuchaczy na podstawie takiego kryterium – już raczej nie…

Suffocation, Unborn Suffer, Ferosity, Warszawa, Progresja

 

Trochę słabo patrzeć na nikłe zainteresowanie koncertem jednej z legend technicznego death metalu. Rozumiem, że spowodowane to było tym, że zespół płytę „Blood Oath” już w naszym pięknym kraju promował, poza tym – każdy szanujący się, sataniczny death metalowiec w poniedziałek rano idzie raźnym krokiem do pracy/szkoły, trudno więc godnie przyjąć  muzyków w niedzielny wieczór, tym bardziej, że „godny” w mniemaniu naszych „scenersów” nadal znaczy „zapity”.

Cóż, przejdźmy zatem do muzyki. Otwierający koncert warszawski Ferosity nie miał łatwego zadania, bo rozruszanie garstki pod sceną wymagało nie lada determinacji. Czy się udało? Raczej nie, bo i zespół zdecydowanie lepiej wypada na płytach, zaś na żywo ich old schoolowy atak był jakiś taki rozjechany i mało czytelny. Może forma w tym dniu nie była najlepsza, jednak całkiem precyzyjne ataki z krążka nijak się miały do dość topornej rzezi zasłyszanej w klubie. To, niestety, problem wielu zespołów, że wycyzelowane na płycie dźwięki trudno jest potem przełożyć na koncertowy żywioł. No i te dość słabe gadki frontmana troszkę mnie zmroziły…

Zdecydowanie lepiej poradził sobie bydgoski Unborn Suffer. Przede wszystkim muzycznie, bo tu słychać  było już sceniczne obicie i muzycy lepiej trzymali swoje dźwięki za mordę. W dodatku widać, że się zwyczajnie dobrze bawią, wokalista sypał złośliwościami  no i zapodali także kower zespołu, który ma (miał?) na nich duży wpływ czyli Dying Fetus. Reakcja publiczności była już nieco lepsza.

pozytywne zaskoczenie
pozytywne zaskoczenie

Suffocation…  Sporo się dzieje w kapeli. Nie wiem, czy dobrze czy źle, bo skład, w jakim pojawili się w Progresji był dość zaskakujący.  Zaskakujący głównie ze względu na aktualną formę zespołu. Za bębnami znowu siedzi – ponoć na stałe – wyjadacz metalowej sceny Dave Culross i choć jego poprzednik Mike Smith rozsiewa tu i ówdzie plotki  o rychłym rozpadzie kapeli, zagrał tak, że buty spadały. Moim skromnym i mało profesjonalnym zdaniem, dodał zespołowi multum agresji, rozbujał kawałki a jego precyzyjna, mechaniczna gra idealnie pasowała do maniakalnych i połamanych riffów. Drugim zaskoczeniem był Bill Robinson, który zastąpił Franka Mullena I tu też, choć jest to ponoć tylko chwilowa zmiana, było bardzo dobrze. Przede wszystkim wizualnie, bo Bill to przede wszystkim squatters, żul, żyjący na ulicy i choć mydła nie widział pewnie przez tydzień albo i dłużej, jako frontman sprawdził się idealnie. Bieganinie nie było końca a i gadki miał niczego sobie. W każdym razie nie sprawiał wrażenia, że odwala pańszczyznę. Owszem, gdzieś tam zdarzyło mu się „zboczyć”, ale trudno wymagać, by po tak krótkim czasie wszystko idealnie pracowało. Nie były to jednak pomyłki znaczące w kontekście żywiołowego show. Właśnie – odnosiłem wrażenie, że w zmienionym składzie Suffocation ożył i jest zdecydowanie bardziej komunikatywny, soczysty i ludzki. Poza wymienionymi panami reszta tradycyjnie – Hobbs i Boyer wyginali kręgosłupy słusznie i z zaangażowaniem, z repertuarem także nie było większych zaskoczeń, poza tym, że grali sporo starych rzeczy (w tym aż cztery pozycje z „Pierced from Within”), po macoszemu traktując nowości. Koncert przebiegał nad wyraz sprawnie i nawet nieliczna publiczność ruszyła w tany. Chwała zespołowi, że mając przed sobą audytorium rzadkie niczym włosy na głowie Embury’ego, wydusił z siebie takie pokłady entuzjazmu.

Udany wieczór i kto nie zdecydował się na takie, hałaśliwe zakończenie weekendu – ten dupa. Tym bardziej, że w każdej plotce jest troszkę prawdy i może faktycznie był  to ostatni pobyt Suffocation w Polsce? Zobaczymy…

Arek Lerch

Zdjęcia: Janek Fronczak/Shades of Grey