SOUTHERN DISCOMFORT – Untamed&Unchained Tour – Bez pocieszenia.

Pomimo faktu, że Mgła to twór rodzimy, nieczęsto można go ujrzeć na koncertowych deskach w ojcowiźnie. Dlatego fakt, że trasa Untamed&Unchained, gdzie rolę headów pełnili wyżej wspomniani, zawita do Krakowa wywołał niemałe poruszenie wśród blackmetalowej gawiedzi. Ja też się poruszyłam, ba!, nawet spadałam z krzesła jak ogłoszono pełny line-up z gościem specjalnym, jakim było norweskie Mare, czego efektem był natychmiastowo złożony wniosek urlopowy. Nikomu chyba nie trzeba zbytnio tłumaczyć, jakiej rangi dorobił się pan M. ze swoją hordą. Nie wydają teaserów, nie udzielają wywiadów, nie lansują się pięknymi sukienkami i mrocznym makijażem, a mimo to nie ma w naszej nadwiślańskiej krainie miłośnika czarnego grania, który Mgły by nie znał i nie cenił. No dobra, pewnie jakiś by się znalazł, ale w sumie wypadałoby takiego delikwenta, nieświadomego co traci, pogłaskać ze współczuciem, a jak wiadomo – no solace.

7-go marca do Krakowa wyruszyłam względnie wcześnie, aby na spokojnie móc pielgrzymować w kierunku (nie)św. Tomasza, niepokój miał przyjść dopiero wieczorem. Miasto przywitałoPlakaciwo mnie posępną aurą, pochmurną i wietrzną, czuć było, że zło zawitało do grodu Kraka. Pod drzwiami Lizard’a stawiłam się kilka minut po 18-tej, obawiając się kolejek, gdyż biletowy szał i ogromne zainteresowanie koncertem, dawały podstawy do takiej niepewności. Zupełnie niepotrzebnie jak się okazało; raptem 3 minuty zajęło wejście do klubu, dwie bramki, pieczętowanie, ultra szybkie sprawdzanie bagażu i już można spokojnie udać się w kierunku baru i stoisk z merchem, które były dość suto zastawione. Nowe KSM, jako że wróg człowieka pierwszorzędny, było pozycją obowiązkową, zasilającą zbiory własne. Zostało trochę czasu, żeby porozglądać się w poszukiwaniu sporej ilości znajomych gęb, a tych przybywało z minuty na minutę, efektem czego tuż przed 19-tą był lokal wypełniony po brzegi.

Zaczęło się. Na pierwszy, piekielny ogień rzucone zostało kieleckie Bestial Raids. Nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych. Widziałam panów na Czarnej Sobocie i od tego czasu jakoś zapomniałam o ich istnieniu. Może bluźnię, jednak nigdy nie powalali mnie swoją twórczością. Niemniej jednak zaserwowali dość konkretną, około czterdziestominutową porcję defowo/blekowej sieczki, co wystarczyło aby pod sceną zrobiło się tłoczno. Było więc duszno, zapewne nie tylko gitarowemu i pałkerowi, którzy podobnie jak na wspomnianych już legionach, przywdziali maski przeciwgazowe. Bez zbędnego pierdolenia, młócka, młócka i po sprawie, lecim do baru. Około 20 minut przerwy, papieros w ścisku palarni pozwolił napełnić płuca smołą na kolejne trzy kwadranse, bo na tyle czerwień świateł spowiła wężowników z One Tail One Head. Wokalista był jedynym, który wdał się w kontakt z publiką, wykrzykując od czasu do czasu złowrogie slogany. Pod sceną kocioł, na scenie kocioł. Black metal pełną gębą – pomalowaną gębą. Dużo żelaza, dużo energii, a muzycznie bardzo skocznie. Było przy czym pomachać kucem, lub zarzucić łysą grzywą. Taki trochę powiew starej szkoły z rytmicznym pierdolnięciem. Ale to w końcu Norwegowie, więc wiedzą co to black metal dziwko.svart10

Znów szybki szlug, napełnienie kubeczka złotym nektarem i nazad na salę. Tam już po scenie krzątają się łysi panowie w chustach zasłaniających pół twarzy. Czas na Czarną Śmierć – Svartidauði. Transcendentalny black metal z mglistej Islandii pasował mi do koncertowego składu perfekcyjnie. Dlatego też nastawiałam uszu już od pierwszych dźwięków i o ile enigmatyczno-chaotyczna twórczość tychże ma swój niebanalny urok i mrok, jeśli słucha się jej z wszelakich nośników, to niestety akustyk mówiąc najprościej trochę „dał dupy”, przez co wyższe tony zlewały się momentami w ścianę dźwięku maskując wszystkie smaczki, które chciałoby się skonsumować. Choć słyszałam też opinie, że „tam pod sceną” wszystko było w porządku. Nie wiem, być może już głuchnę od tych szatańskich koncertów, ale dla mnie nie było całkiem w porządku i stojąc wówczas za panem od konsolety, miałam chwilami ochotę walnąć go w łeb z zapytaniem, czy na pewno wie, czym kręci, bo było kilka zgrzytów i nie mówię o tych zamierzonych. Niemniej coś tam dało się wysłuchać i w całym tym zgiełku poczuć chłodny klimat bardzo ciemnej sztuki jaką nam zaprezentowali Islandczycy.MARE7

Przed koncertem Mare w powietrzu zawisł gęsty niepokój. Temperatura na sali graniczyła już z tą odczuwalną w piekle, a woń spoconych ciał nie pozwalała odetchnąć pełną piersią, ani też na chwilę zapomnieć, że znajduję się właśnie w środku intensywnego wydarzenia, które nie tylko dla mnie jest swoistym misterium. Do pełni wrażeń związanych z takim postrzeganiem brakowało jedynie świec i kadzidła. I masz babo placek! Ledwo pomyślała, a za moment zgasły światła i wszystko pogrążyło się w ciemnościach, by po chwili posępny mrok sceny rozświetliło wnoszone kolejno siedem świec. Tyle, żadnych dodatkowych świateł (przynajmniej do czasu). Kilka minut napięcia, i znów po scenie snują się sylwetki członków kapeli. Tym razem na ołtarzyku kładą czaszki, ludzkie czaszki. Brrr, ciary wzdłuż kręgosłupa przetoczyły się jak pochód mrowia robactwa. Jest i kadzidło.Mgła3

I oczywiście, ktoś może powiedzieć, że rekwizyty wyświechtane jak kapota dziada proszalnego, ale niech ten sam pokaże mi koncert, który w równym stopniu był muzycznym majstersztykiem i rytuałem. Odziany w coś na kształt habitu wokalista, to raz wypluwał swoje płuca, to znów rzucał hipnotyczne, melorecytacyjne zaśpiewy. Z tego niesamowitego klimatu i poczucia uczestniczenia nie w koncercie, a właśnie rytuale, przez pierwszą część niestety wyrywały co chwilę owe wspomniane „dodatkowe źródła światła”, mianowicie błyski fleszy licznie zgromadzonych pod sceną fotografów. Ja rozumiem, walka o chleb, trzeba zrobić zdjęcia, bo jakieś pismo kazało, trzeba zrobić, bo się lubi robić zdjęcia, no ale ku*wa! (przepraszam, nie wytrzymałam), wypadałoby albo nauczyć się korzystać ze swojego sprzętu w takich trudnych warunkach i nie „dawać lampą po oczach”, albo zainwestować w lepszy.Mgła51

I to była w sumie jedna niedogodność jaka miała miejsce podczas tego występu, bardzo, bardzo mistycznego. Po około godzinnym secie, dobre kilka minut stałam jeszcze gapiąc się na deski i próbując ogarnąć umysłem wszystko to, co zostało odprawione. Piękny rytuał, mroczny rytuał, diabelski rytuał. Mimo, że nie chciałam opuszczać swojej dość dobrej miejscówki przed Mgłą, po takim koncercie chęć wbicia kolejnego gwoździa we własne płuco zwyciężyła. Więc szybciutko, krótka wymiana zdań i zachwytów i sruu z powrotem. Udało się umiejscowić na kilku calach kwadratowych z dobrą widocznością. Przewierciłam stopy do podłoża i czekałam. Czekałam na ten koncert właściwie od pamiętnego 5-go maja roku 2012, kiedy to pierwszy raz można było zobaczyć krakowian we własnym mieście i we własnym kraju. Wówczas z przyczyn bardzo ważnych (bo w przypadku innych stawiłabym się nieodwołalnie) zmuszona byłam odpuścić owe wydarzenie, ale modły zostały wysłuchane i zaledwie kilka minut dzieliło mnie od występu zespołu, który niezmiernie cenię, lubuję i szanuję. Raz, dwa, trzy, cztery i wrzawa! Na scenie na krótką próbę dźwięku właśnie pojawiła się Mgła! Kilka stonowanych słów rzuconych do akustyka, który znów wydawał się być gdzieś poza wspólną przestrzenią i zeszli. Wszystkie oczy niecierpliwie wpatrywały się w niebieskawe światło wyczekując ich powrotu. Doczekaliśmy się. Pierwsze dźwięki i szał. Further Down The Nest I! Czy można było lepiej zacząć? Nie sądzę. Pod sceną istne piekło, trochę dalej istne piekło i siedemset gardeł wykrzykujących tekst utworu! Panowie M., M., M., i J. ukrywający się pod kapturami i chustami na twarzach, pełni dostojeństwa i wyczuwalnej pogardy, majestatycznie zawładnęli każdą duszyczką przybyłą na koncert. Zaserwowali set bardzo przekrojowy. Prócz rozpoczynającego utworu były Mdłości I i II, była Groza III (oj była groza!), były też kawałki z ostatniej i zarazem najbardziej przebojowej płyty With Hearts Toward None, trójeczka i na zakończenie doskonała siódemka. Ba! Wszystkie doskonałe. Niespełna godzina minęła w mgnieniu oka. Oczywiście, pozostał niedosyt, chciałoby się o wiele więcej. Jednak bez litości i sentymentów, bez pocieszenia, po wspomnianej siódemce, prosto na backstage czwórkami zeszli członkowie potężnej Mgły. Nie pomogły próby przywołania ich na bis. Zresztą, chyba nikt poważnie nie liczył, że takowy nastąpi, a wszelkie okrzyki publiki, które grzmiały jeszcze dłuższą chwilę po zakończeniu, były raczej dziękczynne. Panowie wypełnili doskonale formułę WRZ (wyszli-rozpierdolili-zeszli). I tyle. Pokazali swoją potęgę – na potęgę! Doskonały koncert, który dożywotnio będzie wyznacznikiem jakości i tego jak się powinno grać black metal.Mgła25

Słowem zakończenia powtórzę raz jeszcze (i zapewne nie ostatni) jak mantrę, że był to doskonały koncert! Warto podkreślić, że nie tylko z racji zaproszonych zespołów, z których każdy odprawił sztukę na najwyższym poziomie, ale także ze względu na organizację. Bardzo sprawną i profesjonalną, tak więc ukłony w stronę organizatorów, bo im się należą! Czasowo niemalże ze szwajcarską precyzją, a jak komuś zachce się marudzić, że momentami był ścisk, tłok i kolejka do kibla, to następnym razem radzę wybrać się do filharmonii a nie na koncert black metalowy.

Słuchała, oglądała i spisała Justyna Bochenek

Zdjęcia: Romana Makówka