SOULFLY – Marna kopia…

Ile to się w dzisiejszych czasach słyszy, że ci metalowcy tacy źli? No sami zadajcie sobie to pytanie. Uważam, iż raczej często. A to nie kupują płyt, tylko korzystają z tych przeklętych, świętokradczych „empetrójek”, a to nie wiedzą, czego słuchają, a to noszą katany, ale też źle, bo teraz już tylko ilość, nie jakość, a to na koncerty nie chodzą… Wszystkie te myśli kotłowały mi się w głowie przez ponad 6h jazdy autobusem i kolejną, przeznaczoną na walkę z transportem miejskim – mającym ułatwić niżej podpisanemu osiągnięcie celu podróży, gdyńskiego klubu Ucho. Dotarłem na miejsce 10 minut przed godziną 19 (o 19 bowiem otwierano bramy), a przed wejściem istny armaggedon! Kolejka ciągnąca się aż do ulicy! Kuce we wszystkich odmianach – od death metalowców, w konspiracyjnej atmosferze popijających wysokoprocentowe napoje w krzakach, aż po kompletnie „randomowo” wyglądające kobietki, sprawiające wrażenie przyciągniętych siłą przez swoich lubych, niźli faktycznie pałających żądzą ujrzenia nieustylizowanej fryzury Maxa Cavalery na żywo.

Soulfly/Calm Hatchery – Gdynia, Klub Ucho, 08.08.2016

Wraz z godziną 19:30 do wnętrza lokalu zagościło około 30 osób i właśnie one testowały swoje kręgi szyjne przy dźwiękach Calm Hatchery. Słupski kwintet to nie palcem robieni amatorzy, w żadnym wypadku. Muzyka tych panów do świata death metalu wnosi co prawda całe nic, a opierają oni swój styl na klasycznych dokonananiach Immolation, odrobinie mistycyzmu wzorem Morbid Angel oraz niesamowitej technicznej biegłości i licznych „orientalizmach” na myśl przywodzących gloryfikowany przez wielu Nile. Podopieczni Selfmadegod Records zaprezentowali się wyjątkowo dobrze. Szalone galopady, palcołomne solówki i blast beaty osiągające nieludzkie prędkości zostały odegrane nawet bardziej żywiołowo niż na studyjnych dokonaniach. Zachwycał kunszt i niesamowite zdolności Panzerhausera (gitara prowadząca) – który wprawiał w zdumienie perfekcyjnie opanowaną techniką gry. Na scenie jawił się wręcz jako inkarnacja legendarnego Treya Azagthotha z Morbid Angel. No, ale ów jegomość chleb z niejednego pieca jadł. Losowy przykład? Dead Infection. Rozdziawiłem japę także przy obserwowaniu morderczej harówy Radka Szczepańskiego (perkusja). Przejścia liczone w liczbach trzy a może nawet czterocyfrowych, tempo nie spadające poniżej 130 bpm, nienaganne podejście do gry – palce lizać. Chociaż i tak cały show skradł krzykacz w osobie Szczepana. Może jego growling nie wyróżnia się na tle śmierć metalowych gardłowych, ale charyzmy i pewności siebie pozazdrościć mogliby mu najwięksi. Stonowana konferansjerka, wyjątkowo specyficzne spazmatyczne ruchy (ciężkie do opisania słowami, musicie zobaczyć to sami, do czego zachęcam gorąco), a pod koniec „Messerschmitt” nawet skok ze sceny – już pomijam fakt, jak kuriozalnie wyglądający, biorąc pod uwagę, ile osób było chętnych do łapania wokalisty. Świetny, wysokooktanowy gig.Soulfly_20151

W ciągu 20-minutowej przerwy zaczynałem poważnie niepokoić się o poziom koncertu Soulfly. W jednej chwili, niczym grom z jasnego nieba, uderzyły we mnie wszystkie negatywne wspomnienia wywołane pobieżną lekturą występów zespołu na YouTube. Ale po chwili dochodzę do aż nadto oczywistej konstatacji – przecież YT nie jest do końca miarodajne w tym aspekcie. Rozweselony oczekuję początku sztuki. No i uderzyli – półtoragodzinną zabawę rozpoczął hit z najnowszego materiału zespołu, „We Sold Our Souls to Metal”. Pierwszym, co raziło niemiłosiernie, było brzmienie. Zbasowane do granic przesady, niewyraźne, zbijające się w jedną, nieczytelną całość. Nie do końca wiem, jaki czynnik mógł na to wpłynąć. Może niesubordynacja technicznych, a może wyjątkowo marna akustyka klubu? Po kilkudziesięciu sekundach poszukiwania dobrego miejsca, trafiłem na balkon. Aczkolwiek ciekawiej nie było. Fakt, brzmiało to nieco lepiej, ale do samego końca koncertu czułem się zażenowany poziomem. Oczywiście, kiedy grzmotnęli „Arise/Dead Embryonic Cells” albo „Roots Bloody Roots” z repertuaru Sepultury, nie pozostało nic do zbierania, ale poza tym? Rodzina Cavalerów na jednej scenie to rzecz zdecydowanie gorsza od nachalnych świadków jehowy. Max traktował swoją gitarę jako rekwizyt (w sumie dobrze, bo gdy zaczął nań grać, rozjeżdżały się całe kawałki), w dodatku miał ogromne problemy z wokalem. To nie był ten sam przeszywający ryk rodem z „Chaos A.D.”. Oj nie. Raczej wyjątkowo wymęczona melodeklamacja. Niezwykle smuciło oglądanie, jak ongiś jeden z ulubionych muzyków jest dzisiaj jedynie marną kopią siebie sprzed 20. lat, a najmocniej dotknęło to przy kompletnie spartolonym od strony głosowej „Blood, Fire, War, Hate”. Powodem, dla którego show nie okazało się kompletną klapą, byli panowie Rizzo i Leon. Pierwszy sypał szybkostrzelnymi solówkami jak z rękawa, a drugi szarpał 5 strun oraz porykiwał, ratując niesmak spowodowany przez frontmana brazylijskiej hordy. Ale wiecie co? Zyon Cavalera jest jeszcze gorszy od ojca. Już od dawien dawna niemal wszędzie przeczytać można narzekania na temat formy perkusisty Soulfly, a w poniedziałkowy wieczór on sam dowiódł, że słusznie. To, że się kilkanaście razy wyłożył na przejściach jeszcze zniosę, ale podrzucanie pałeczki do góry 20 razy i prawie każdy zakończony upadkiem tejże na ziemię? Dramat. Kiedy jednak opuszczałem progi gdyńskiego lokalu, zauważyłem, że w swej opinii jestem wyjątkowo odosobniony. Cholera jasna, pewnie się nie znam!

Łukasz Brzozowski