SOULFLY – Kupon prawidłowo odcięty

Warszawski koncert Soulfly zaczął się dość kuriozalnie – nadciągająca burza skłaniała ludzi do jak najszybszego wchodzenia do Proximy, gdzie… musieli stłoczeni czekać w korytarzu. Kto był choć raz w Proximie – niech wyobrazi sobie kilkaset osób próbujących się pomieścić na powierzchni od wejścia do baru – wejście pod scenę było zagrodzone, a ludzie przez godzinę obserwowali spod barier jak techniczni Soulfly opieszale rozstawiają sprzęt i mikrofony, a miejsce pod sceną zajęte jest przez sprzęt zespołów supportujących. Co ciekawe, po tym jak techniczni zeszli już ze sceny, ludzie z None i Minetaur rozstawili bodajże w kwadrans cały swój sprzęt (a nadmienię, że ich zestaw perkusyjny był ze dwa razy obfitszy od zestawu Zyona Cavalery). Jeżeli kiedyś znudzi im się muzykowanie, powinni rozważyć zatrudnienie w boksach F1, niejeden team chciałby mieć tak sprawną obsługę pit stopu…

Soulfly, None, Minetaur, Proxima, Warszawa, 19.07.2015r.

Zaszczyt rozpoczęcia koncertu i rozgrzania zniecierpliwionej publiki przypadł ekipie Minetaur – i trzeba przyznać, że poradzili sobie naprawdę dobrze. Bardzo fajnie wykręconem1, niskie niczym aktualny poziom wody w Wiśle brzmienie, świetnie akcentowana rytmika, ciężki (acz może nieco monotonny) wokal – na koniec ich występu nikogo nie powinno dziwić ożywienie pod sceną. Z wymienianych przez nich inspiracji najbliżej im zdecydowanie do Crowbar – a rzekłbym, że momentami jest u nich nawet ciężej. Zaprawdę, Minetaur to sceniczny generator ołowiu z głośników, i myślę, że jeszcze nieraz przeczytamy o tej załodze jakieś ciepłe słowo.

n5Kolejną ekipą na scenie był bydgoski NoNe. Przyznam się, że nie byłem nigdy jakimś wielkim fanem ich muzyki, ale ponad 15-letnie doświadczenie koncertowe zrobiło swoje – podobnie jak w przypadku Minetaur, brzmienie było bardzo dobre, a kawałki, które nawet na płytach jakoś nieszczególnie mi podchodziły, na koncercie wypadły bardzo świeżo i z dużo większą mocą. Całość zdecydowanie przypadła do gustu publiczności – ruch pod sceną stawał się sukcesywnie coraz większy, a obfite oklaski na koniec występu NoNe były jak najbardziej szczere. Jednym słowem – cokolwiek nie mówić o całości koncertu, oba suporty wypadły zdecydowanie in plus.

A sam Soulfly – cóż. Rozpętał pod sceną burzę podobną do tej, która towarzyszyła ludziom przy wejściu do klubu. Od pierwszego do ostatniego kawałka, nie było momentu, w którym zgromadzony tłum (a przyszło grubo ponad 500 osób) przestawałby się bawić – i nie ma nic dziwnego w tym, że uśmiech rzadko schodził z twarzy Maxa Cavalery. Podczas wykonania (no bo jakże mogłoby zabraknąć) „Roots Bloody Roots” miałem wrażenie, że nawet barmani zaraz dołączą do zabawy… Całość trwała jakieś półtorej godziny, i był to czas naprawdę nielichej, podscenicznej zawieruchy!s7

W całej tej rewelacyjności, mamy jednak w tle całkiem sporo zgrzytów. Zyon Cavalera, chociaż poprawił nieco swoje umiejętności, cały czas nie jest wirtuozem perkusji. W dodatku, na basie zamiast Tony’ego Camposa zagrał… Igor Cavalera Jr., który już w trakcie ustawiania brzmienia pokazał, że Stevem DiGiorgio raczej nie zostanie – i podczas próby, i podczas koncertu non stop słyszałem jakieś delikatne fałsze i połykanie nutek. Tak więc w szeregach Soulfly szerzy się atechniczny nepotyzm, który chyba trochę uniemożliwia wykonywanie na żywo niektórych kawałków – napiszę tylko, że z ostatnich czterech płyt zagrali jedynie „Blood Fire War Hate”, w „Arise” zamiast technicznej części usłyszeliśmy przejście w końcówkę „Dead Embryonic Cells”… Kolejnym minusem, raczej trudnym do przeoczenia, jest wiek Maxa, który momentami dość ostro nie wyrabia wokalnie – zdarzało mu się podczas koncertu, że niektóre części tekstu po prostu mówił (jak np. w „Prophecy”). No i na koniec – nie da się ukryć, że największa zabawa pod sceną miała miejsce przy kawałkach, które mają już po 15, 20 lat – mam na myśli utwory z pierwszych płyt, jak i te z repertuaru Sepultury (kapitalnie wyszło „Refuse/Resist”). Pytanie jak długo jeszcze Max może płynąć na odcinaniu kuponów…s2

Niezależnie zaś od moich wątpliwości – nawet, jeżeli uznać, że w Proximie zagrał, nazwijmy to, Soulfly klasy B – cały czas mamy do czynienia z zespołem, który jest w stanie zagrzać komplet publiczności do totalnej zabawy. I nawet jeśli w tym miodzie mamy łyżkę dziegciu – dalej jest to słoik z miodem.

Zdjęcia i tekst Robert Czarnecki