SOULFLY – Czy leci z nami pilot?

Z Sepulturą nagrał sześć albumów, z Soulfly bagatela, dziewięć, z Cavalera Conspiracy dwie, a doliczyć jeszcze trzeba płyty Nailbomb oraz debiut najnowszego projektu Killer Be Killed. Max Cavalera to metaloholik, który hałas grać musi i pewnie grać go będzie aż do grobowej deski. Pierwszy z trzech polskich koncertów promujących Savages, najnowsze wydawnictwo Soulfly, odbył się w Poznaniu. Choć zasługi Maxa są niezaprzeczalne, a jego dokonania z Sepulturą to już dziś klasyka, także jemu zdarza się słabszy występ. Mimo ospałej i apatycznej postawy najbardziej znanego Brazylijczyka w metalowym świecie, poznańska publiczność z ekscytacją i entuzjazmem przyjęła występ jego grupy.

 

Soulfly, Lody Kong – Poznań, Eskulap, 14 czerwca 2014

Koncert Soulfly poprzedził intensywnie chaotyczny set młodego kwartetu Lody Kong. Zespół dowodzony przez dwóch synów Maxa Cavalery, perkusistę Zyona oraz wokalistę i gitarzystę Igora Juniora, zagrał przede wszystkim numery z wydanej w grudniu 2013 ep-ki „No Rules”. Młodzieńcze i energetyczne połączenie harcore’a, grunge’u i metalu wprowadziło zgromadzonych fanów w bojowy nastrój. Choć Lody Kong zabrzmieli mało klarownie, ujęli zaangażowaniem i pasją, z jaką zaprezentowali swój materiał.Soulfly1 fot. Maja KasztelanNajciężej pracujący tego wieczora Zyon Cavalera otarł pot z czoła, wziął łyk wody i chwilę później wyszedł na scenę po raz drugi, aby dać półtoragodzinny popis z zespołem ojca. Przywitany nawałnicą oklasków Soulfly rozpoczął od „Bloodshed” oraz „Cannibal Holocaust”, dwóch kompozycji otwierających ostatni album „Savages”. Wspierający Maxa na scenie gitarzysta Marc Rizzo oraz basista Tony Campos także uwijali się jak w ukropie. Jedynie sam Max, zblazowany, trwający jakby w pół-śpiączce, flegmatycznie uderzał w struny i opieszale, jak żółw poruszał się po scenie. Wygląda na to, że po blisko trzydziestu latach koncertowania niezwykle trudno jest spalać się i rajcować każdym jednym występem. Być może niedyspozycja dnia, być może coś innego, nie dowiem się. Cavalerze jednak wolno wszystko, a niuanse, które rzuciły mi się w oczy, były chyba niedostrzegalne dla publiczności, ponieważ ta bawiła się w najlepsze.

Czy leci z nami pilot?

Czy leci z nami pilot?

Nie zabrakło również starszych kompozycji Soulfly, czyli „No Hope = No Fear” z debiutu, „Back To The Primitive” z drugiej płyty, czy „Downstroy” oraz „Seek’n’Strike” z trzeciej. Tak czy inaczej to, na co czekałem najbardziej, to kawałki Sepultury. Poleciały takie hymny jak „Refuse/Resist” czy „Territory” z wydanej już ponad dwadzieścia lat temu „Chaos A.D.”. Znalazł się także czas na ponadczasowe „Arise”, połączone z „Dead Embryonic Cells”, oraz jedne z ostatnich kawałków, które Sepultura skomponowała jeszcze z MSoulfly3 fot. Maja Kasztelanaxem, „Roots Bloody Roots” i „Attitude”. Na widowni było równie dużo ludzi po trzydziestce, co nastolatków, więc wyobrażam sobie, że każdy otrzymał to, po co zjawił się tego sobotniego wieczora w Eskulapie. Z drugiej strony jednak być może część słuchaczy, podobnie jak ja, odczuła pewien niedosyt spowodowany bierną postawą Maxa, który choć do mikrofonu ryczał głośno, na gitarze grał zupełnie od niechcenia i zdawał się lecieć na autopilocie.

Na sam koniec Soulfly zaserwował fragment kawałka „Jumpdafuckup”, połączony z „Eye For An Eye”, czyli numerem otwierającym pierwszą, zatytułowaną po prostu „Soulfly”, płytę wydaną w 1998 roku. Mimo burzy braw i głodu fanów, zespół nie wyszedł na bis. Niezależnie jednak, co zagraliby na dokładkę, ten koncert nie mógł być już ani lepszy, ani gorszy.

Tekst Adam Drzewucki

Zdjęcia Maja Kasztelan