SÓLSTAFIR – Z kamerą wśród fiordów

Z tak zwanych względów obiektywnych nie dane mi było zobaczyć ani usłyszeć zarówno grających na początku The Ocean, ani zamykającego wieczór Mono. Później przyszedłem, ale za to wcześniej musiałem wyjść… Życie, jak to się mówi. Grunt, że udało mi się zobaczyć Islandczyków, bo to na ich występie najbardziej mi zależało.

Sólstafir, Mono, The Ocean, Warszawa, Proxima, 22.10.2015 

Ponieważ nie był to ich pierwszy koncert, który miałem okazję oglądać, nie wzbudzali już może we mnie tak dużego napięcia przedkoncertowego jak dawniej, jednak zdając sobie sprawę jak dobrze wypadają na żywo, nie darowałbym sobie, gdyby tego dnia nie było mnie w wypełnionej ludźmi Proximie.Solstafir1

Nie zawiodłem się i tym razem. Zaczęli od „Dagmál”. Kolejne trzy utwory to również reprezentanci ostatniego albumu, czyli: „Lágnætti”, tytułowy „Ótta”, oraz „Náttmál”. Ci północni kowboje to prawdziwe, koncertowe zwierzęta, które potrafią zimny klimat rodzinnej wyspy oddać w mistrzowski sposób. Potem mały skok w przeszłość – poleciał „Pale Rider” z wydanej w 2009 r. płyty „Köld”. Muzyka pełna emocji, transu i specyficznego, bardzo pejzażowego klimatu. Sóstafir są jedyni w swoim rodzaju i jak nikt potrafią wyczarować podczas koncertu w dusznym klubie zimną, drgającą przestrzeń. Po prostu trzeba ich słuchać i oglądać, a nie o nich pisać. Co ciekawe, przy całym tym patosie, równie istotny i wcale nie stojący w sprzeczności – co może zaskakiwać – jest czysty rock’n’roll, jaki emanuje z muzyki, szczególnie w koncertowym wydaniu. Obrazu odzianych w skóry brodaczy w kapeluszach, dopełniał wszak a to widok fanki wdzierającej się na scenę i całującej muzyków jeden po drugim, a to majtek wesoło dyndających na główce od gitary… Czego chcieć więcej po rockowo/metalowym, rasowym show?Solstafir2

W setliście nie mogło zabraknąć największego hitu, czyli „Fjara”, który podobnie jak podczas  ubiegłorocznego, listopadowego koncertu zespołu w tym samym miejscu, znalazł się na końcu stawki. Czy mogło zresztą być inaczej? Ponadgodzinny, bardzo dobrze brzmiący set zakończył ostatecznie kolos „Goddess of the Ages”. Bisów nie było, ale czy ktoś wyszedł niezadowolony? Dopiłem piwo i przy pierwszych dźwiękach Japończyków z Mono (no kurcze, szczerze żałuję, może następnym razem…) udałem się do domu, gdzie odpaliłem na dobranoc „Svartir Sandar”. Dobrze było znów znaleźć się wśród fiordów…

Zdjęcia i słowa: Łukasz Szymański