SÓLSTAFIR – nie lubię poniedziałków…

Dawno już nie czekałem na żaden koncert z takim bagażem emocji jak na możliwość doświadczenia scenicznych popisów ekipy Sólstafir. Prawda jest taka, że w dniu koncertu ostatnie godziny pracy spędziłem z jęzorem wywieszonym na brodę jak kundel wpatrujący się w kość, tyle, że moim substytutem kości były wyświetlane na ekranie komputera nagrania live Islandczyków…

Warszawa 17.11.2014 Klub Proxima

Zimny, listopadowy wieczór nie nastrajał zbyt optymistycznie. Tym bardziej, że dzień wyczekiwanego koncertu przypada na znienawidzony poniedziałek. Idealne wyczucie czasu sprawia, że wraz z lepszą połową wpadamy do klubu razem z podmuchami lodowatego wiatru chwilę przed rozpoczęciem spektaklu. Na scenie kończy dzieło jeden z supportów lecz wieczór ten należy do innych, dlatego też jedynie kilka razy zerkam na to co dzieje się na scenie. Koniec. Zaczynamy właściwą część wieczoru…S2  Aga Krysiuk

Chwila przerwy mija bardzo szybko. W oparach kolorowego dymu pojawiają się na scenie muzycy niegdyś parający się black metalem a dziś prawdziwi i niepowtarzalni piewcy rock’n’roll’a z najwyższej półki. Sólstafir sprawiają wrażenie jednocześnie rozluźnionych jak i nakręconych przedkoncertową adrenaliną. Patrząc z boku można też odnieść wrażenie, że już nieco zblazowani, wszak to kolejny wieczór gdy muszę odegrać ten sam zestaw utworów i wykrzesać z siebie trochę ognia. Wrażenie co najmniej paradoksalne, ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że rozpoczynają. Od samego początku jestem pod wrażeniem koncertowego brzmienia islandzkiego kwartetu. Fragmenty surowego, gitarowego grania porażają wręcz garażową mocą. Nie spodziewałem się też, że zespół, który swą ostatnią płytą eksplorował nieprzebrane pokłady brzmieniowych subtelności nadal będzie w stanie zwyczajnie ubrać podkute buty i kopnąć. Mocno i dosadnie. Set koncertowy oparty w głównej mierze na dwóch ostatnich płytach zespołu i w moim odczuciu to wybór doskonały gdyż utwory mają w sobie jak się okazuje wielki, koncertowy potencjał. Trochę na bok schodzi esencjonalny klimat „Otta” ustępując miejsca scenicznym popisom i bardzo żywiołowej grze. Koncert podoba mi się coraz bardziej, chwilami robi się naprawdę gorąco a zespół cały czas nie spuszcza z tonu i z każdym kolejnym kawałkiem ładuje w muzykę coraz więcej siebie. Warto wspomnieć o tym, że Sólstafir na samym początku milczący, później nawiązuje świetny kontakt z publiką, który nie rwie się już do końca. Dają naprawdę świetny, rockowy set, soczysty i konkretny.S  Aga Krysiuk

Nie lubię poniedziałków. Dlatego też z jednej strony chłonąc doskonały koncert, dałem się porwać muzyce lecz z drugiej cały czas czułem niedosyt. Każdy numer jaki tego wieczoru zaprezentował Sólstafir to mistrzowskie wykonanie świetnej kompozycji, ale jako całość występ nie porwał mnie niczym arcyspektakl, jakim jest ostatni album grupy Otta. Na poniedziałkowej scenie Proximy zabrakło mi nerwu, który spajałby sceniczne popisy zespołu w monolit pełen doskonałej muzyki i klimatu. Powiem to jeszcze raz – Sólstafir to doskonały zespół, który w zimny, listopadowy wieczór dał gorący koncert, ale w moim odczuciu czas gdy porywać będą całą salę do ostatniego, najbardziej zmanierowanego słuchacza jeszcze nie nadszedł. Dziś jest doskonale, ale za chwilę może być wybitnie i na ten czas będę czekał.

Nie lubię poniedziałków. Dlatego też mimo tego, że koncert rozpoczął się bardzo punktualnie (brawa dla organizatora) to wychodzimy chwilę przed końcem show i razem z wiatrem oddalamy się ku domowi. Ostatnie ze sceny lecą „Fjara” i Goddes of the Ages”…

No cóż, był to dobry koncert, który oprócz tego, że spełnił część moich oczekiwań, pozostawił też mały niedosyt. Do następnego razu, który mam nadzieję zgodnie z zapowiedziami zespołu nastąpi już niedługo…

Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: Aga Krysiuk