SLAYER ‒ Nic dodać, nic ująć

Przyjazd do Polski jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego, metalowego zespołu świata, jest naturalnie wydarzeniem roku. Choć tegoroczny festiwal akademicki Ursynalia, przyciągnął także inne duże kapele, nikt nie ma czelności twierdzić, że jest na tej liście zespół bardziej fascynujący niż Slayer. Kalifornijczycy zagrali pierwszego dnia festiwalu pomiędzy dwoma polskimi kapelami, Luxtorpedą i Chassis oraz zamykającym wieczór nu-metalowym Limp Bizkit.

Warszawa, Kampus SGGW, 1 czerwca 2012, Ursynalia 2012

Kiedy na scenie zawisła ogromna flaga z najbardziej rozpoznawalnym metalowym logo na świecie, temperatura wśród tłumu gwałtownie wzrosła. Mniej więcej o 20:50 rozległo się charakterystyczne wprowadzenie do kapitalnego „South of Heaven”. Chwilę później na dechach stali już niekwestionowani bohaterowie tego dnia: Araya, King, Lombardo oraz Holt, zastępujący Hannemana. Po tym świetnie nadającym się na początek występu numerze kwartet uderzył dwoma szybszymi, „World Painted Blood” oraz bardzo entuzjastycznie przyjętym „War Ensemble”. Kilkanaście tysięcy zgromadzonych fanów dostało dokładnie to, na co czekało, czyli klasyczny thrash metal w wykonaniu mistrzów gatunku.

Slayer uraczył publiczność dwoma starszymi kompozycjami, wpadającym w ucho „Die by the Sword” z wydanego już właściwie trzydzieści lat temu debiutu „Show No Mercy” oraz jedną z najbardziej przygniatających i złowieszczych melodii w swojej dyskografii ‒ „Chemical Warfare”. Potem kapela szybko przeskoczyła do ostatniej płyty, aby zadać kolejny bezpośredni cios pod postacią „Hate Worldwide”. Mocnowszych kawałków nie ustępuje niczym wcześniejszym dokonaniom kapeli, ale taki klasyk, jak „Mandatory Suicide” spotkał się z wyjątkowo dużym aplauzem i jest to zupełnie zrozumiałe. Zresztą duża część z przybyłych na koncert osób robiła wrażenie, że płyty Slayera zna nie od wczoraj.

Chwilę później poleciał jeszcze jeden nowy numer „Psychopathy Red”, a po nim dwie doskonałe torpedy z ponadczasowego „Reign in Blood”, czyli „Altar of Sacrifice” oraz „Jesus Saves”. Na oba kawałki publiczność zareagowała wybuchem radości i spontanicznym machaniem łbami. Aby odsapnąć na moment od galopujących prędkości, zespół zagrał wolniejszy „Dead Skin Mask”, którego aranżacja łapie za gardło, a refren przyprawia o ciary. Przy akompaniamencie morderczego tempa bębnów Lombardo kapela przywaliła „Silent Scream”, robiący na żywo piorunujące wrażenie. Ciekawostką okazał się rzadko grany „Spirit in Black” z „Seasons in the Abyss”, który wypadł równie wystrzałowo jak „Postmortem”, pierwszy z trzech numerów z najważniejszej płyty Slayera, które zamykały set. Nie ma wątpliwości dlaczego ten zespół jest otoczony takim kultem. Wprowadzające miłośników kapeli w stan ekstazy „Raining Blood” oraz „Angel of Death”, za każdym razem wywołują podobne emocje za sprawą nieśmiertelnych, eksplodujących riffów.

Diabelsko uśmiechający się i zagadkowo zapowiadający utwory Tom Araya, wpatrzony zimnym wzrokiem w tłum Kerry King, uwijający się za bębnami pracuś Dave Lombardo i skoncentrowany Gary Holt, to czterech jeźdźców apokalipsy, którzy w ciągu siedemdziesięciominutowego występu w Warszawie dali popisową lekcję thrashmetalowej przemocy.

Tekst Adam Drzewucki