SINGAPORE SLING – Feerie sprzężeń

O Singapore Sling już pisaliśmy na naszych łamach, dziwując się płycie Psych Fuck. Co z tym fantem można zrobić na scenie? Podejrzenia, że płyta i koncert to w przypadku Islandczyków dwa różne światy, w dużej mierze się sprawdziły i ta garstka miłośników hałasu, która w niedzielny wieczór zebrała się w zacisznej miejscówce Cafe Kulturalna, była chyba usatysfakcjonowana. Choć trzeba też przyznać, że to co zaprezentował Singapore Sling skierowane jest do słuchacza o bardzo określonych preferencjach…

Singapore Sling, Warszawa, Cafe Kulturalna, 07.02.2016r.

Obcowanie z Singapore Sling z płyt, a słuchanie ich na żywo to dwa zupełnie różne doświadczenia. Na albumach słychać tą część dorobku Jesus & Mary Chain i The Brian Jonestown Massacre, która z nostalgią spogląda w kierunku lat 60-tych. Trochę niepokoju wprowadza jedynie zblazowany wokal Henrika Björnssona zawdzięczający równie dużo gawędziarstwu Lou Reeda, co manierze Alana Vegi. Na żywo ten sam materiał przepoczwarza się bardziej w pulsujące podskórnym napięciem numery z kulminacją w postaci sfuzzowanych ataków sprzęgających się gitar. To, co na albumach robi za aranżacyjne tło i ciekawostki, na żywo często wypływa na sam wierzch. Rzuca się to na uszy szczególnie w przypadku materiału z „Psych Fuck” – pierwotnie dosyć ułożonego i syntetycznego. Nie da się tego oczywiście porównać z chaosem produkowanym chociażby przez A Place To Bury Strangers, ale osoby przyzwyczajone do wersji studyjnych mogły być zaskoczone. Choć sądząc po reakcji około 60-70-cio osobowej publiczności, raczej trudno było spotkać na tym koncercie kogokolwiek rozczarowanego. obrazek

Sam zespół mimo opóźnienia i robionej naprędce próby dźwięku wypadł naprawdę dobrze. Nie ma wątpliwości, że pierwszoplanową rolę pełnił stojący w centrum sceny Henrik Björnsson. Widać to było szczególnie w momencie, kiedy między utworami instruował resztę grających, jak mają się ustawić na swoich piecach. Da się jednak wyczuć, że cały skład, zarówno pod względem zgrania, jak i odschoolowo/rock’n’rollowego image’u, nie jest jakąś przypadkową zbieraniną Januszy. Grupie udało się wytworzyć duszny, transowy klimat. Jedyne, co budzi we mnie, nie będącym wielkim wielbicielem tego nurtu shoegaze’u, pewien dystans to cienka linia pomiędzy stylowością, a stylizacją. Słyszalne na każdym kroku zgranie i profesjonalizm bandu paradoksalnie bywa też ich największą wadą. Już pod koniec koncertu nawet bez znajomości na wyrywki materiału z płyt dało się intuicyjnie wyczuć, kiedy te ładne piosenki o tradycyjnej budowanie zamienią się w feerię sprzężeń. Wtedy nostalgiczna tęsknota za czasami, kiedy odkrywało się wszystkie zespoły, które Singapore Sling mają wypisane w rubryce „inspiracje”, zamienia się w lekkie znużenie. Set bez dużej straty mógłby się dla mnie skończyć gdzieś na wysokości jedenastego „Life Is Killing My Rock’n’roll”. Potem poleciały jeszcze dwa następne utwory plus bis.

Nie zmienia to jednak faktu, że gdybym był fanem starych płyt wspomnianych wyżej The Brian Jonestown Massacre i The Jesus & Mary Chain, chyba wolałbym obejrzeć na żywo właśnie Singapore Sling, niż klasyków gatunku. W kategorii shoegaze’a wyrastającego ze słodyczy i cieni lat 60-tych są to z pewnością zawodnicy, z którymi w chwili obecnej niewiele zespołów w tej kategorii mogłyby stanąć w szranki.

Słuchał, oglądał i komentował Mateusz Romanowski

Obrazek: materiały zespołu.