SHINING – Trzy ciekawe bajki

Szkoda, że ten koncert odbył się 1 listopada, bo wielu od rozrywek kulturalnych oderwały obowiązki związane ze Świętem Zmarłych. Dla artystów frekwencja w „Fabryce” nie miała żadnego znaczenia. Każdy z trzech zespołów zagrał tak, jakby za chwilę miał się skończyć świat. A nielicznej publice pozostało pozostać w pomieszaniu niedowierzania i zachwytu.

Shining, Caligula’s Horse, Jack Dalton – Kraków, klub „Fabryka”, 01.11.2015

Nie wiem, kto układał line up trasy, ale post factum stwierdzam, że ten ktoś kombinował bardzo dobrze. Jack Dalton, Caligula’s Horse i Shining to wykonawcy z zupełnie innych bajek, które tego samego wieczoru zostały opowiedziane równie ciekawie i wciągająco. Norweski Jack Dalton, który wieczór otworzył, to pomieszanie dynamicznego, matematycznie i precyzyjnie połamanego grania, hard core’a, post hard core’a i post rocka. Na scenie prezentowali się świetnie, cieszyli się każdym momentem na niej, każdą pozytywną reakcją, jaką usłyszeli. Set był krótki, skoncentrowany przede wszystkim na kompozycjach z wydanej w 2015 roku drugiej płyty „Past Swallows Love”, którą produkował Matt Bayles (m.in. Mastodon, Alice in Chains) przy wsparciu Jørgena Munkeby, lidera norweskiego Shining, który na scenie pojawił się plus minus półtorej godziny później. Poza energią i świetnymi umiejętnościami muzyków, w odbiorze pomogło bardzo dobre brzmienie. Zresztą, był to wspólny mianownik dla każdego z koncertów.caligulashorse_1_aneta_golabek

Z muzyką Caligula’s Horse miałem, co prawda krótką, ale jednak, styczność przed koncertem. Mam kolejną nauczkę, żeby nie ferować ostatecznych wyroków odnośnie wykonawcy, dopóki nie zobaczę go w akcji. W wersji z płyt australijska formacja jawiła mi się jako średnio udana wariacja na granie w stylu obecnej Anathemy, Riverside, ogólnie rzecz ujmując, atmosferycznego rocka. Do tego dość płaczliwa i rozmarzona maniera wokalisty raczej odstręczała niż przyciągała. Natomiast na żywo zespół zyskuje na jakości i atrakcyjności, a wokal Jima Greya staje się agresywniejszy, zaś płaczliwa maniera jakby się rozmywa, staje mniej drażniąca. Do tego dochodzą naprawdę zgrabne harmonie wokalne i bardzo ładne solówki Zaca Greensilla i Sama Vallena. Aneta Gołąbek, która pstrykała dołączone do relacji zdjęcia, podkreślała parokrotnie, jak wielką charyzmę na scenie ma Jim. Zgadzam się z moją koleżanką w 100 procentach. Kompozycje chwilami ocierały się o progmetal, nawet leciutko zahaczały o djentowatość, lecz dominował miły dla ucha atmosferyczny rock, na który złożyły się kompozycje ze wszystkich trzech studyjnych płyty Australijczyków, z naciskiem na niedawno wydaną „Bloom”. Doskonale pasowaliby jako support dla naszego Riverside. Może warszawianie wezmą ich pod uwagę, gdy będą planować następne tournée…shining1_aneta_golabek

Ubrani na czarno, jak członkowie jakiegoś tajnego zgromadzenia, pojawili się na zwieńczenie wieczoru muzycy Shining. Dyrygowani wspaniale przez często uśmiechającego się Jørgena Munkeby’ego. Nie, tym razem nie było coveru Crimsonów. Shining zagrał nieco ponadgodzinny set, wypełniony miksturą kompozycji, jakie znalazły się na trzech ostatnich płytach kapitalnej norweskiej załogi, wliczając w to wydaną dosłownie kilka dni temu International Blackjazz Society. Z niej Norwegowie zagrali najwięcej piosenek, bo pięć, w tym robiące już spore zamieszanie „Last Day” i „The Last Stand”, a także „Burn It All”, „Thousand Eyes”, „Need”. Przemieszali je z paroma kawałkami z One One One (m.in. „I Won’t Forget”) oraz „Blackjazz”, od którego fascynacja twórczością Shining zaczęła wyraźnie rosnąć. Norweska grupa na żywo jest, co wyraźnie podoba się ludziom, mniej grzeczna i przewidywalna niż na dwóch ostatnich płytach. Pozwala sobie na odrobinę szaleństwa, improwizowanie. Robiąc wszystko z taką energią i intensywnością, że jest to wręcz niewiarygodne. Jakby chcieli zdmuchnąć wszystkich z sali i wysadzić dach. Kiedy próbowaliśmy ochłonąć po koncercie Shining, byliśmy pełni podziwu dla stałego przez cały występ poziomu wykonawczego kapeli, w szczególności Jørgena, który śpiewał, grał na gitarze i saksofonie oraz prowadził konferansjerkę, a na estradzie bynajmniej nie był przykuty do jednego miejsca. Zero zadyszki, fałszów. Trudno było nie być pod wrażeniem tego, jak Shining zaprezentował „HEALTER SKELTER” i „The Madness And The Damage Done”. Trudno było nie być pod wrażeniem całego koncertu. Dla nich zerowe znaczenie miało to, że frekwencja była daleka od nawet przyzwoitych. Prędzej miało dla nas, fanów. W końcu gra taka kapela, a ludzi jak na lekarstwo… Shining zagrali na maksa, dając z siebie wszystko. Gdy wyrażali wdzięczność fanom za przybycie i wsparcie, byli w tym szczerzy i przekonujący. Zero rutyny, wyrachowania. Genialny warsztat (cichym bohaterem perkusista), wspaniała prezencja, nieziemska energia. Doskonale wypełniona muzyką godzina z niewielkim hakiem.

Trzy muzyczne bajki, każda inna, ale wspólny morał, w każdym razie najszybciej przychodzący mi do głowy, jest taki, że muzyka niejedno ma imię, a inne pochodzenie nie oznacza niemożliwości współistnienia na jednej scenie. Wiele radości dostałem tego smutnego dnia.

Tekst: Lesław Dutkowski

Zdjęcia: Aneta Gołąbek