SERPENT SERMON TOUR – cały czas się chce

Koncertowe lato zostało zakończone z hukiem i smrodem. Potu, bo w Progresji zebrało się, by pożegnać wakacje całkiem sporo, jak na warszawskie warunki luda. Ile dusz zostało zepchniętych tego wieczóru na złą drogę , nie wiem, ale muzykanci nie mieli powodów do narzekania. Stolica zdała egzamin.

Marduk, Immolation, Heaving Earth, Forsaken, Progresja, 30.08.2012

Nie zdałem go za to ja, jak zwykle – co już tradycją jest – spóźniając się na koncert. Ktoś może poczuć się urażony, ktoś inny nie, fakt pozostaje. Z szacunkiem dla wysiłków supportów, dla mnie koncert wystartował od mocnego uderzenia w postaci Immolation.

Rozpocznę jednak od zespołu, który moim zdaniem ten koncert zaliczył o szczebelek niżej. Być może na moją opinię wpływ miał fakt, że Marduk  przed black metalowy szereg wysunął się jedynie płytą „Rom 5:12”, zaś wszystko, co przedtem (za wyjątkiem „Panzer Divison Marduk”…) i potem (z naciskiem na „Serpent Sermon”) jest dość… przeciętne. Ot, brutalna nawalanka. Trudno więc, bym do koncertu promującego najnowszy album podchodził ze specjalnym entuzjazmem. Dodatkowo złość potęgował fakt, że na skutek restrykcyjnej polityki wydawcy, zespół na koncercie nie sprzedawał swoich płyt, co zresztą dotyczy także Immolation… Brak płyt jakoś przebolałem, gorzej z wizerunkiem zespołu. A raczej faktem, że niczego w nim nie zmienia. Pamiętam, że kilka lat wcześniej, kiedy pierwszy raz zobaczyłem na scenie Mortuusa (Ariocha), uznałem, że to najlepszy wokalista, jaki trafił się grupie, z całym szacunkiem dla dorobku Legiona. Autentyczny mrok bijący z tej maniakalnej postaci mógł przestraszyć. Cóż z tego, skoro do dzisiaj… nic się nie zmieniło i rzeczny pan nie wprowadził do swojej scenicznej prezentacji żadnych nowości. Ok., rozumiem, Attila jest jeden, ale przecież warto popracować nad wizerunkiem. Na plus zaliczam niezłe brzmienie; szorstki jad, jaki płynął ze sceny mógł się podobać. Ja czekałem tylko na fragmenty z „Rom”, które w małej ilości dostałem, potem wszystko zlało mi się w jeden wielki łomot. Przepraszam, ale choć koncertowa maszyna Marduk funkcjonuje bez zarzutu, jakoś dzisiejsza prezentacja zespołu nie wzbudza we mnie emocji. Klasyczna, black metalowa kanonada, trochę bluźnierstwa i do domu.

 Immolation - cały czas się chce...

Immolation - cały czas się chce...

Immolation to już inna historia. Wprawdzie na „dzień dobry” wkurzyłem się, że nie przywieźli ze sobą wydanej na kompakcie płytki „Providence”, zamiast tego oferując bidny merch (trzy wzory koszulek?), jednak muzycznie i scenicznie jak zwykle nie zawiedli. Może odniosę się w tej chwili do spraw brzmieniowych, bo tu i ówdzie już przeczytałem, że zespół  kiepsko zabrzmiał. Cóż, wszystko zależy chyba miejsca, gdzie się stało. Ja ze swojego punktu obserwacyjnego słyszałem dokładnie to, co chciałem – znakomicie i potężnie nagłośniony band. I choć każdy może mieć swoje zdanie, nie uważam, że należy oceniać koncert z perspektywy kilku problemów technicznych, jakie zespołowi się przytrafiły (np. gasnące „przody”).  Immolation od lat zadziwiają mnie tym, że cały czas im się chce. Nawet jeśli są zmęczeni, nie dają tego po sobie poznać. Tak często nadużywane w tym środowisku słowo „pasja” jak ulał pasuje do nowojorczyków. Od początku w pełnym biegu. Szał, fruwające kudły Ross’a i fruwająca gitara Roberta Vigny, którego sceniczne wygibasy przejdą z pewnością do historii. Wyluzowani (nawet zmiany w programie sobie fundowali), zadowoleni, wygarniali kolejne hity, stare i nowe, jak zwykle cholernie precyzyjnie, nic sobie nie robiąc z czasami ostro pogmatwanych aranżacji. Oczywiście, głównie czekałem na utwory, w których zespół wpada w swój, charakterystyczny, zapętlony trans, powodujący, że ich muzyka jest tak wyjątkowa. Takich kawałków nie zabrakło. Zwróciłem też uwagę na lekką zmianę pracy Steva Shalaty. O ile bowiem jeszcze jakiś czas temu grał nieco za lekko (w stosunku do Hernandeza…) o tyle teraz widać i słychać, że popracował nad plastyką swojej gry, dzięki czemu nawet w szybkich fragmentach werbel był okładany z mocą nie pozostawiającą żadnych wątpliwości. Maszyna jest naoliwiona, pracuje jak szwajcarski zegarek i nie zamierza przestać. Jeśli chodzi o repertuar, sporo było starszych rzeczy, powrócili nawet do „Dawn of Possession”. Były „Into Everlasting Fire”, genialny „Father You’re Not a Father”, jeszcze lepszy “No Jesus No Beast”, tytułowy „Majesty and Decay”, „Swarm of Terror” a z nowego mini „What They Bring”. I to wszystko za mało. Faktycznie, nieubłagana i zastanawiająca precyzja czasowa koncertu nie pozwoliła Immo przebywać za długo na scenie. Co mnie trochę rozczarowało, bo nie ukrywam, że o ile w wielu przypadkach (Marduk…) wystarczy mi kilka kawałków, o tyle zespołów pokroju Immolation mogę słuchać bez zmęczenia bardzo długo. Może zaraża mnie ich radocha, jaką ciągle czerpią z wykonywania nawet tych najstarszych hiciorów? Kto wie… Teraz pozostaje tylko czekać na nową płytę, która jest już nagrana. Ze 100% pewnością mogę powiedzieć, że warto…

 

Arek Lerch

Zdjęcia: Janek Fronczak/Shades Of Grey