SCOTT KELLY – Ascetyczność przez duże A

Wybranie się na koncert Scotta Kellego powoduje niezłą schizofrenię. Przynajmniej u mnie – z jednej strony wiadomo, na kolanach, z pełnym szacunkiem i bogobojnością wobec nazwy na „N” – z drugiej strony ze świadomością zasmęcenia swojej duszy i mózgu do poziomu, który odkryje kolejne znaczenie pojęcia „dno”. Musi być w tym duża doza masochizmu by wytrzymać taki koncert i zachować jakiekolwiek PMA na dłużej niż 5 minut…

Scott Kelly&The Road Home, Klubokawiarnia Chmura, Warszawa, 08.03.2014r.

Malutki klub Chmury wypełniony został prawie całkowicie, było bardzo kameralnie, ciasno i klimatycznie. Z pewnością tego dnia zagęszczenie bród na metr kwadratowy było w tym miejscu największe w Warszawie. Ale do rzeczy: główny aktor tego wieczoru, plumkający na swoim akustyku był wspomagany przez dwóch Panów. Jednym z nich był klawiszowiec Neurosis, kolega Landis, który wydobywał nie tylko dźwięki z parapetu, ale też obsługiwał bas, gitarę, pokusił się nawet o potraktowanie tego ostatniego instrumentu smyczkiem. Był jeszcze drugi gitarzysta dogrywający melodie i to czego Scott zagrać nie chciał lub nie potrzebował.

Ascetyczność przez duże A

Ascetyczność przez duże A

Paradoksalnie zestaw ten budował bardzo szerokie brzmienie – wszystko siedziało jak należy – pod kątem aranżacyjnym smutne piosenki Kelly’ego w zestawie na 3 osoby są bardzo fajnie pomyślane. Daleko jednak temu do jakiegokolwiek baroku muzycznego; słowo, które najlepiej opisuje ten koncert to „ascetyzm”. Zarówno w kontekście muzycznym – rozbudowanie aranżacji było tylko miejscowe, gdy naprawdę wymagała tego dramaturgia – jak i w kontekście komunikacji artysta – publiczność. Scott mówi między numerami tylko wtedy gdy musi – a nie musi w sumie w ogóle. I dobrze – gdy się w końcu odzywa niskim, basowym „thanks”, przynajmniej wiadomo, że zauważa świat wokół siebie. Bo momentami można mieć wrażenie, że jest tak odjechany w swoją krainę introwertyzmu, że nie za bardzo zdaje sobie sprawę z obecności stojących przed nim ludzi. A odbiór koncertu był świetny: pełne skupienie, brawa po każdym kawałku. Coś nieuchwytnie „dobrego” wisiało podczas tego gigu w powietrzu i gdyby nie było to tak tandetne, użyłbym wyświechtanego przymiotnika „magiczny” by to dokładnie opisać.sk-3

Rozpisywanie dokładnie co zagrał i w jakiej kolejności nie ma specjalnie sensu – te wszystkie numery są jednym wielkim, melancholijnym smutem i jako jednorazowa dawka jest to ledwo do zniesienia; pogrążony w poszukiwaniu żyletki, zauważyłem na szczęście m.in. mój ulubiony „We Let the Hell Come” oraz nowy, hipnotyczny numer zapowiedziany elokwentnie jako „the new one”.sk-1

Niech Cię czytelniku nie zwiedzie moja pozorna zgryźliwość – to forma obrony przed dawką dołu jaką otrzymałem tego wieczoru – koncert, oszczędny, ascetyczny wręcz do bólu, był świetny. Dostałem to czego chciałem, a że jak wspomniałem wcześniej, zahacza to o masochizm… no cóż.

 Fotografował i słuchał Jan Fronczak