SATYRICON – łyżka dziegciu i wielki słoik miodu

Ponownie redaktor naczelny Lerch zmusił biednego fotografa Fronczaka do napisania relacji z koncertu. Ów, mimo wątpliwości co do ostatniej płyty Norwegów, dzielnie podjął się tego zadania, zmotywowany możliwością zaśpiewania po raz enty w swoim życiu „Mother North united we stand”… Czy zaśpiewał i czy wątpliwości się rozwiały – dowiecie się z relacji.

Satyricon, Chthonic, Warszawa, Klub Progresja, 29.11.2013r.

Na Metal Fest 2013 Sigurd Wongraven zapowiedział powrót do naszego cudnego kraju z nowym materiałem – słowo ciałem się stało a ja wylądowałem w warszawskiej Progresji na jedynym, polskim, klubowym koncercie norweskiej kapeli. Speech, jakim uraczył nas Satyr na wspomnianym wyżej festiwalu z grubsza opisywał nowe dzieło jego i kolegi Frosta słowami pełnymi przymiotników „prawdziwy”, „szczery”, „wyjątkowy” – nie czas i miejsce spierać się czy tak jest rzeczywiście, zwłaszcza, że nowy album Satyricon nie jest zdecydowanie moim ulubionym – na żywo przecież może być inaczej. Mogłem zatem empirycznie skonfrontować moje, sceptyczne nastawienie z występem Satyricon. Zanim przejdę do sedna, należy wspomnieć z kronikarskiego obowiązku o tym, że jako support zagrał Chthonic – black metalowy (?) zespół z Tajlandii. Kapela to przemarna a z ich występu zapamiętam tylko basistkę z basem większym od niej i dosyć spektakularnym dekoltem.

Wróćmy do dania głównego. Set rozpoczął się tak jak nowa płyta, czyli pompatycznym „Voice of Shadows”, które wyryczały mi do ucha pierwsze rzędy szczelnie wypełniającej Progresję publiczności. Ku mej uldze nowy materiał został potraktowany dosyć pobieżnie i oprócz wspomnianego VOS, Satyricon zagrał dodatkowo tylko trzy nowe kawałki. Reszta setu to przebojowy przekrój ostatnich lat – wymieszane to było bardzo sprytnie jeśli o dramaturgię chodzi. Norwedzy na żywo to twór porywający, ciężko właściwie powiedzieć do jakiego gatunku przynależący. O ile płyty mają mniej lub bardziej sprecyzowane kierunki, to w wersji live ta muzyka się unifikuje, proste rytmy Frosta dają rockową motorykę i dziwnie, ale za to bardzo płynnie przechodzą w blasty żywcem wyjęte z lat dziewięćdziesiątych. Ogląda i słucha się tego doprawdy świetnie.

łyżka dziegciu i wielki słoik miodu

łyżka dziegciu i wielki słoik miodu

Oczywiście, król jest tylko jeden – Pan Wongraven rządzi i dzieli na scenie i pod sceną – jego megalomania i wywalone pod sufit ego w ogóle nie przeszkadzają; wydają się być taką samą atrakcją jak precyzyjna i niezmordowana gra Frosta (który swoją drogą bardzo mądrze podczas bisów parę razy wyszedł zza perkusji – bo inaczej za cholerę nie miałbym pewności, że na tym koncercie w ogóle się pojawił w formie fizycznej). Jedyne co mnie boli to przesadne włażenie w dupę publiczności, zupełnie niepotrzebne – przyjęcie Satyricon miał znakomite. Satyr naprawdę mógł sobie darować wszystkie teksty o wyjątkowości nocy i inspiracji by audience. Oczywiście, istnieje mała szansa, że to moje zgorzknienie i sarkazm dają mi taką a nie inną perspektywę odbioru tej konferansjerki, no ale….satyr_pro-2

Po łyżeczce dziegciu na koniec wielki słoik miodu – bis składający się z zabójczego comba: „Matka Północ”, „K.I.N.G.” i „Fuel for Hatred” – po którym nie było już kompletnie czego zbierać na deskach Progresji. Uradowana publiczność udała się do domów a i ja zaliczę ten koncert to mocno udanych. Taka czwórka z plusem, łamana na piątkę z minusem, w zależności od tego na ile zauroczenie Sigurda polskimi fanami było prawdziwe. Amen.

Narzekał i fotografował Janek Fronczak JB-Foto

Notka redakcyjna: Nikogo do niczego nie zmuszam, co najwyżej delikatnie sugeruję aż do skutku. (A. Lerch)