SAMAEL – Wehikuł czasu?

Zdarzyło się jesiennego wieczora, że redaktor Cieślak i artysta Orbitowski wybrali się na koncert metalowy. Po czym postanowili wymienić się refleksjami na jego temat, naiwnie wierząc, że to odmieni oblicze relacji, tej relacji, i uczyni ją ciekawszą. Zapis tego ekscytującego spotkania dusz znajdziecie poniżej.

Samael, Furia, Bloodthirst, 29.11.2015, Gdańsk, klub B90

BLOODTHIRST
Bartosz: Kiedyś, zamiennie ze słowem „support” funkcjonowało pojęcie „rozgrzewacza”. W praktyce była to kapela, która wszystkich wkurwiała, nikt nie chciał jej oglądać, a już na pewno nikogo nie rozgrzewała. Wydaje mi się, że Bloodthirst to na takie imprezy rozgrzewacz idealny – prosta, gatunkowa muzyka, odstająca od „ambitniejszych” propozycji gwiazd imprezy, ale stosownie porywająca do tańca. Sodom cieszyłby się z takich epigonów, nie uważasz?
Łukasz: Wydaje mi się, że powody do radości miałby raczej zespół Destruction, ale oni nie wyglądają już na zdolnych do jakiejkolwiek radości. Bloodthrist kojarzy mi się trochę z Witchery. Pamiętasz, była taka kapela. Promowali się przez cycki. Najchętniej zacytowałbym tutaj Nietzschego – „źle się odwdzięcza mistrzowi ten, kto pozostaje tylko jego uczniem”. Chyba po prostu nie przepadam za odtwórczymi kapelami. Albo inaczej. Niektóre lubię, innych nie lubię, doprawdy nie wiem dlaczego. To chyba kwestia czegoś tak ulotnego jak feeling. Bloodthrist mnie nie kupił. Są w porządku. Naprawdę. Powinno mi się podobać, ale się nie podobało.Bloodthirst
Bartosz: U mnie trochę jakby na odwrót. Taka black-thrashowa łupanina była mocno obecna w moim świecie kilkanaście lat temu, kiedy Witchmaster, Deströyer 666 czy Aura Noir nagrywały swoje najlepsze płyty. Dlatego Bloodthirst kojarzę przede wszystkim ze świetnych demówek, ale nie ukrywam, że dziś przeważnie mi z taką muzyką nie po drodze. Odczucia mam jednak pozytywne – rozgrzewacz dowiózł co miał dowieźć, nóżka potupała, piwo z plastika smakowało jakby lepiej. Pewnie nie bawiłbym się wspaniale na koncercie, na którym grałyby same Bloodthirsty, ale ten jeden trafił w sedno. Nie potępiam.
Łukasz: Bóg ich potępił za ciebie. Mam nadzieję, że cieszą się z tego powodu.

FURIA
Bartosz: Koncerty takie jak ten Furii przywracają wiarę w sens chodzenia jeszcze na koncerty metalowe. Po prostu najlepiej jest celować w kapele będące na fali wznoszącej albo tuż przed nią niż liczyć na zramolałe gwiazdy i własne sentymenty. Rewelacyjny gig, jestem zachwycony wykonaniem i energią.
Łukasz: Dokładnie tak. Kupiłem ich niemal w całości, z ich emocjonalnością, niepokojącą melodyką gitar i ciekawym aranżem perkusji. Choć może nie powinienem pisać takich rzeczy. Jestem głuchy, muzykę odbieram sercem i tu serce mi się otworzyło. Ciekawa sprawa, bo nawet ten śmieszny przecież wizerunek, te corpsepainty i gołe klaty biorę jako coś szczerego, autentycznego, wypływającego z głębokich pokładów duszy. Zrozumiałem coś jeszcze. Przeczuwałem wcześniej, słuchając płyt i koncert umocnił mnie w pewnej opinii. Otóż Furia powinna być zespołem instrumentalnym, bez wokalu. Zdaję sobie sprawę, że Nihil jest wyśmienitym wokalistą, a jego teksty pomogły wypromować zespół. To dobre pisanie jest. Ale tu mi głos nie pasuje. Chciałbym aby te gitary, ta pogańska perka funkcjonowały samodzielnie, bez dodatkowego kontekstu. Mogę sobie, oczywiście, chcieć, ale to nie mój zespół. A metal instrumentalny nie ma, w sensie komercyjnym, żadnej przyszłości. Ludzie identyfikują się niektórymi kapelami poprzez teksty.
Bartosz: Może coś jest na rzeczy, ba! Furia ma nawet w dorobku materiał instrumentalny. Ten, którego nikt nie lubi, możesz być zatem pierwszy. Rzeczywiście, sama rewelacyjna praca instrumentalistów prowadziła dramaturgię koncertu na tyle sprawnie, że teoretycznie mogę sobie wyobrazić ten sam recital bez wokali. Mi jednak w żaden sposób nie przeszkadzały ani nie mąciły wizji. Oglądając koncert Furii myślałem o tym, że black metal w swojej pierwotnej (no, powiedzmy) formie ma mi jeszcze całą masę świetnych rzeczy do zaoferowania. W tych prostych aranżach i ścianie gitar jest zaszyta cała masa emocji, które żyją mimo, że w zasadzie gatunek taki, jakim gra go Furia, wypstrykał się z rewolucyjności wiele zim temu. A tu idzie zima, jak śpiewa poeta. Czemu akurat tej piosenki na bis domagały się głośno dziewczęta pod sceną? I czy granie z gołymi klatami to wciąż nie jest szczyt estetycznego przekroczenia?Furia
Łukasz: Metal stracił rewolucyjność wiele dekad temu. Obecność dziewcząt pod sceną wydaje mi się kluczowa. Tam gdzie są dziewczęta, tam można liczyć na dobrą przyszłość. Być może istnieje inny związek, mianowicie tych gołych klat i obecności płci pięknej. Rock ma swój silny aspekt seksualny, w black metalu zredukowany, lecz wciąż obecny. Tu miałeś piękny przykład, zagrało i dobrze, choć Nihil nie ma chyba zbyt wielu cech samca alfa. Powiedz sam, czy Burzum odniósłby taki sukces, gdyby młody Varg mniej przypominał aniołka z blizną?
Bartosz: Trudno powiedzieć, trzeba by zbadać jak jego obecny wizerunek wpływa na wyniki sprzedaży płyt. Furię określa się tu i ówdzie jako zespół grający „metal dla kobiet”. W założeniu ma to brzmieć pogardliwie, ale trudno mi wyobrazić sobie większy komplement. Nie gram metalu, ale gdybym grał, byłbym szczęśliwy, gdyby słuchały go kobiety. Jaki by ten pomysł Furii na siebie nie był – twardo wykoncypowany czy zupełnie intuicyjny – to działa. Chylę czoła.

SAMAEL
Bartosz: Czy już nie czas, aby jakiś odpowiednik Krucjaty Różańcowej zaczął pikietować przed koncertami, na których wielkie niegdyś kapele odgrywają w całości swoje płyty sprzed 20 lat?
Łukasz: Byłem naprawdę zasmucony. Jak dziecko, któremu ktoś da zabawkę, a potem ją zniszczy, z głupoty bądź złośliwości. Co myśmy zobaczyli? Zespół, który nie wierzy we własne kompozycje i wykonuje je mimo tego. Doskonale wiadomo, czemu to robią. Nawiązując do religijnej symboliki zespołu, pierwsza część koncertu była jak msza odprawiana przez niewierzącego księdza. Czułem się okropnie, bo „Ceremony…” jest jedną z najważniejszych płyt w moim życiu i w odróżnieniu od Vorpha i spółki, wciąż wierzę w te dźwięki. Jakaś część, chłopiec we mnie – wierzy. Zwróć uwagę, że gdy odegrali swoje i przeszli do nowych numerów, zaraz pojawiła się dobra energia. Tu uwierzyli.Samael2
Bartosz: Postawiłeś słuszną diagnozę, to ja ci teraz wyłożę akademicko dlaczego masz rację. W moim odczuciu jeśli jakakolwiek płyta naprawdę musiała być odegrana w całości, to powinien być to „Passage”. W estetyce, w której porusza się Samael od wielu lat, to jest ich najlepszy materiał i moim zdaniem było to słychać, kiedy grali „Rain” czy „Jupiterian Vibe”. Wbite w ramy rockowej dyskoteki , hity z „Ceremony…” brzmiały pokracznie – tak jak mówisz, zespół dawno przestał w nie wierzyć. Dziś to inni ludzie i inna wrażliwość – nuty i akordy się zgadzają, ale iskry w tym nie ma. Kwestię tych najnowszych piosenek litościwie przemilczę. Ja uświadomiłem sobie, że zespół Samael jest mi dziś w gruncie rzeczy niepotrzebny. „Chłopiec we mnie”, o którym piszesz, jest zbyt zajęty powtarzaniem trzeciej klasy czternasty raz, żeby przejmować się jakimś tam „Ceremony of Opposites”, który jest fajny, ale bez przesady. Lubię „Worship Him” i „Passage”, i do tych płyt wracam, ale ręce mi się przy tym nie trzęsą. Okazjonalnie odpalę jakiś numer z „Reign of Light”, choć nawet trudno mi sobie teraz przypomnieć, kiedy taka okazja nastąpiła. Oglądania takiego koncertu jak tu omawiany nie uzasadnia u mnie nawet największy sentyment. Intelektualnie przyjmuję do wiadomości, że komuś się to mogło podobać. Zdziwiłbym się, gdyby ten recital sprostał oczekiwaniom kogokolwiek i gdyby ktokolwiek opuścił B90Samael Samaelem zachwycony. Choć pewnie i tacy by się znaleźli, prawda?
Łukasz: W sieci można znaleźć i takie świadectwa. Frapuje mnie coś innego. Przecież wiedziałeś, że tak będzie. I ja wiedziałem – Samael okaże się lichy. Więc po to tam byliśmy? Dla Furii? Dla piwka z kolegami? Starzejący się metale są, najwyraźniej, doskonałą grupą docelową. Menedżerowie czarnej sztuki umieją sprawić, że chętnie płacimy za własne rozczarowania.
Bartosz: Ależ wodzu, co wódz! Ja nie czuję się w żaden sposób rozczarowany, bawiłem się pysznie. Nie miałem żadnych oczekiwań względem koncertu Samael, było tak jak się spodziewałem. Aspekt towarzyski takich spędów jest dla mnie niezmiernie ważny i zawsze cieszę się mogąc przybić piątkę z bdb kolegami od serca, których rzadko mam okazję spotkać w innych okolicznościach. Tzw. legendy nie dostarczą mi już wstrząsów muzycznych, ale to nie znaczy, że całe wydarzenie to strata czasu. Takich wrażeń szukam po prostu gdzie indziej. Chciałem obejrzeć dobry koncert Furii, i obejrzałem – już on był wart tego, by się tam wybrać. Bardziej niż całą gdańską edycję „Deathcrusher Tour” przeżyłem zestaw Antigama/Calm The Fire obejrzany kilka dni później. Behemoth rokrocznie dowozi zestaw supportów (tudzież „rozgrzewaczy”), które są warte ceny biletu nawet, gdyby gwiazda wieczoru miała zrejterować. Fanów, którzy spodziewali się tego wieczora wehikułu czasu do 1994 roku mogę najwyżej poczęstować chusteczką i pobłażliwie poklepać po ramieniu. Dookoła jest taka podaż świetnej muzyki, że naprawdę można dać spokój temu Samaelu.

Oglądali i komentowali: Bartosz Cieślak i Łukasz Orbitowski

Zdjęcia: Janek Fronczak