SAINT VITUS – urodzeni za późno

Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest najlepsza pogoda do słuchania doom metalu? No jasne – lato, słońce i wysoka temperatura. Dokładnie tak, jak w dzień koncertu Saint Vitus w Warszawie. Zespół zawitał do stolycy ze starym wokalistą w składzie, sprowadzając mrok do klubu Hydrozagadka. Nawet słońce się skryło.

Saint Vitus, Major Kong, Minetaur, Hydrozagadka, Warszawa, 10.06.2015r.

Jak to z koncertami bywa, nie załapałem się na występ zespołu Minetaur, za to Major Kong udowodnił, że i bez wokalisty w składzie można zagrać interesująco i nie zamulić. Chłopaki dobrze wykonali zadanie i choć w tej muzyce nie ma ani jednego, nowego dźwięku, nikt tego po nich nie oczekiwał, bo nie o innowacje tu chodzi. Pod sceną całkiem pokaźny tłumek machający łbami, czyli wszystko się zgadzało. Skoro supporty za nami, czas na legendę, czyli Urodzonych Za Późno. Niestety (przynajmniej dla mnie…), Scott Wino nabroił w Europie z amfą, więc nie mógł się pojawić na koncertach, dlatego mikrofon Świętego Wita przejął po nim nie widziany przez dwadzieścia lat Scott Reagers. Przesympatyczny, dobry wujek o posturze Dio i aparycji gościa, który mógłby zreperować Twój samochód. Owszem, zdarzały się drobne pomyłki, ale uśmiech nie schodził z twarzy nestora ślimaczych dźwięków, z zaangażowaniem odśpiewującego kolejne hity. Co usłyszeliśmy? Min. „Dark World”, „One Mind”, „War Is Our Destiny”, “Saint Vitus” czy sztandarowy, wykonany na bis „Born Too Late”.SV_2

Pozostali muzykanci? Dave Chandler – wiadomo, ta sama fryzura i bandana co kilka dekad temu. Ten człowiek się nie zmienia. Nieśmiertelne, firmowe i atonalne solówki, wgryzanie się w struny niczym Hendrix i wodzenie groźnym wzrokiem po publiczności – na to wszystko mogliśmy liczyć i tego wszystkiego się doczekaliśmy. Z kolei bębniarz to człowiek – maszyna; gra całym sobą, na scenie popija Jacka Danielsa, kulturalnie jednak częstował nim zebranych pod sceną przed rozpoczęciem show. Słowem – Henry Vasquez rządzi. Za to na przeciwległym biegunie ekspresji możemy usadowić basistę Marka Adamsa – gość podczas występu był jak wyciągnięty z gabinetu figur woskowych – zero ruchu a twarz mistrza pokerowych rozgrywek nie wyrażała absolutnie żadnych emocji. Sprawiał wrażenie jakby odgrywając swoje partie był w zupełnie innym miejscu. Cóż, ten typ tak ma…SV_1

Jak to przy zespole z takim stażem, publiczność również była mocno zróżnicowana wiekowo: od młodocianych tharshersów w białych adidasach za kostkę (dawniej na wszystkie buty sportowe mówiło się „adidasy”), po niemalże dorównujących wiekiem muzykom SV, starym załogantom z wąsem. Nigdy za to nie zrozumiem fenomenu, który maksymalnie musi wkurwiać muzyków wraz z obsługą techniczną, a mianowicie nawalonych „fanów„, za wszelką cenę próbujących dotknąć gitar, mikrofonu, czy pobawić się efektem. Myślę, że gdyby na scenie znalazł się tego wieczoru Wino, posypałoby się w stronę publiczności parę słusznych kopów. Za to po gigu – co było miłym akcentem – muzycy socjalizowali się z przybyłymi; rozmowom, wspólnym zdjęciom, podpisom etc. nie było końca. Bezpośrednio po koncercie miałem nieco ambiwalentne odczucia – z jednej strony podobało mi się, z drugiej – brakowało mroczniejszego klimatu jaki bez wątpienia tworzy na scenie Wino, bo w przeciwieństwie do niego, Reagers nie roztacza tak posępnego nastroju, nie ma też odpowiednio mocnego głosu – dobrze jednak było zobaczyć ten kawał historii w zupełnie niezłej formie.

Oglądał, słuchał i pstrykał: Łukasz Szymański