ROTTEN SOUND – bez playlisty

Warszawski koncert Rotten Sound to doskonały przykład tego, jak warunki klimatyczne mogą zepsuć nawet najlepsze chęci. Kiedy rano wychodziłem z domu, była prawie wiosna. Tego samego dnia wieczorem, dobijałem do klubu, brnąć po szyję w śniegu. Ok., może nie po szyję, jednak zamieć skutecznie ostudziła zapały młodzieży. Trudno się dziwić – w brodach zamarzną gluty z nosa, obcisłe, modne portki nie powstrzymają zimna i katastrofa gotowa. Lepiej zostać w domu.

Rotten Sound, Enabler, Martyrdöd, Warszawa, Progresja, 08.03.2013

Dlatego też Rotteni publiczność mieli raczej skromną. Zresztą, ten wieczór i tak był mocno zmodyfikowany, bo nie dojechał zacny skład The Dead Goats. Nie chcę rozsiewać plotek, dlatego nie będę w obieg puszczał wieści co do przyczyny owej absencji. Szkoda. Niestety, z powodu wymuszonych koleją rzeczy zmian w harmonogramie imprezy, po wejściu do klubu zobaczyłem jedynie dupy schodzących ze sceny muzykantów Enabler. Niefart, bo płyta „All Hail The Void” narobiła mi smaka. Zagrali dobrze, zabrzmieli źle – to zasłyszana opinia. Siłą rzeczy koncert rozpoczął się dla mnie od występu Szwedów z Martyrdöd.Martyrdöd.

Ostatni krążek załogi przyjąłem może bez strasznego entuzjazmu, ale ze zrozumieniem. Na scenie zespół prezentował się jak trza – wąskie gacie, brody niestrzyżone od dawna, ogólnie opcja „śmietnik”. Po występie doszedłem jednak do wniosku, że zespół ten jest po prostu ubogim krewnym Wolfbrigade. O ile bardziej utytułowani koledzy wyglądają i grają, jak gdyby w śmietniku spędzili lata, o tyle Szwedzi dopiero do owego przybytku się gramolą. Ale są na dobrej drodze. Poprawne wykonanie wskazywało też wyraźnie na pewne braki aranżacyjne. Granie kilkuminutowych, d – beat’owych galopad bez żadnych, większych zmian w aranżach po prostu nuży (powinien być ustawowy zakaz grania takiej muzyki dłużej niż 2 minuty na utwór…), zresztą, wnerwiała mnie swego rodzaju beznamiętna postawa zespołu. Rozumiem, że publiczność była lekko śnięta, nie zmienia to jednak faktu, że można było nieco bardziej się wysilić.

KeijoRotten Sound promuje swoją nową ep – kę „Species At War”, która w mojej opinii nie jest niczym rewelacyjnym, jednak koncertowo to mistrzowski zespół. Fakt, może na początku też byli nieco zjeżeni niemrawą publiką, jednak z kawałka na kawałek robiło się coraz bardziej grubo. Po jednej i drugiej stronie. I choć nie musiałem doświadczać ocierania się o spocone ciała współtowarzyszy, to nawet mała ilość publiczności chyba wynagrodziła Finom ich starania. Obserwacje są takie – RottenRotten Sound to na scenie zespół totalnie podziemny, punkowy i bardzo naturalny. Fakt, że teraz może nieco w cieniu, ale nadal grind w ich wydaniu jest niczym brzytwa. Tradycyjnie, monstrualne brzmienie gitary Mika Aalto, dokładnie wiedzącego, o co chodzi w tzw. szwedzkim gruzie i oczywiście Sami Latva – czołg i motor zespołu. Szybkością nie ustępuje nieodżałowanemu Kai, pomysły też robią wrażenie. No i perfekcyjne zgranie. Nie doszukałem się playlist, widać, dla kolegów to pryszcz zapamiętać kolejność ze dwudziestu kawałków. Resztą, nie o listę tu chodzi a raczej o mocny cios w ryj. Keijo, kiedy już się rozkręcił, okazał się być doskonałym frontmanem, chwalił publiczność (ja bym nie chwalił…)  i wypruwał z gardła kolejne ryki. Co nie zmienia faktu, że nadal uważam okres „Murderworks” za najciekawszy dla tego zespołu i z tej płyty na żywca wysłuchałbym chętnie w całości. Repertuar koncertu raczej przekrojowy, set w sumie dość krótki, ale cholernie intensywny. DostSamiałem po prostu to po co przyszedłem – profesjonalny grind core najwyższej próby. Bez pierdolenia. Cóż, stwierdzenie, że Rotteni to ekstraklasa grindu ma sMikawój sens, choć ja dodałbym tu jedynie, że głównie jeśli chodzi o mordercze koncerty. Poszedłem do Progresji bez specjalnych oczekiwań a jednak Finom udało się podnieść mi poziom adrenaliny, co o czymś tam świadczy. Miły, kameralny wieczór, sporo merchu, co budzi respekt, szczególnie w kontekście ubożuchnej często oferty zaglądających do nas grup. Szacun dla organizatora za wysiłek, w sumie – zważywszy na frekwencję – prawie nikomu niepotrzebny. Może małym usprawiedliwieniem będzie dzień koncertu –  8 marca, wiadomo, o co chodzi…  A teraz, panowie, nagrywać płytę i żeby mi była jeszcze lepsza od „Cursed”!

Arek Lerch