RISE AND FALL – skradziony koncert, skradzione serce

Czasami jest tak, że idąc na koncert masz upatrzoną kapelę, która ma zrobić robotę, dać ci frajdę i przyćmić całą resztę. Z tym koncertem też tak było. Problem w tym, że jego przebieg namieszał w tym, która to kapela miała być „naj” a która faktycznie się nią okazała.

Sick Shit, Sectarian Violence, Oathbreaker, The Secret, Rise And Fall, PRL, Warszawa, 6.04

Zespoły Sick Shit i Sectarian Violence niestety potraktowałem po macoszemu – ale trochę to też nie była moja bajka za co szanownego czytelnika bardzo przepraszam – zajęty byłem pałaszowaniem czegoś nowego co się nazywa Pieczarkowiec i nagrywa dla Vegavani Records.

skradziony koncert, skradzione serce

skradziony koncert, skradzione serce

Gdy SV zakończyło zdałem sobie sprawę, że do Rise and Fall, na który to w ogóle pofatygowałem się na ten koncert, jeszcze kupa czasu. Dlatego zespół Oathbreaker, który zaczął się instalować na scenie nie miał łatwego zadania by zdobyć moje serce. Uprzedzony przez przyjaciela, że może to być coś ciekawego bacznie przyglądałem się dziewczynie, która okazała się być wokalistką. Skryta za burzą kręconych włosów, stanowiła definicję słowa „introwertyczność” – ok., nie ułatwiało to robienia zdjęć, ale zdecydowanie „robiło” klimat. Sposób w jaki poruszała się na scenie, darła, przeżywała muzykę był zdecydowanie zajebisty. Muza Belgów jest prosta jak konstrukcja cepa, 2-3 riffy na numer, zdarty, trochę histeryczny wokal i miażdżące brzmienie. Ale jak genialnie to jechało! Wgniotła mnie ta kapela w ziemię kompletnie; połączenie pomysłów z najlepszych czasów Neurosis (circa about „Times of Grace”) z osobowością i wokalem dziewczyny za mikrofonem ukradło cały koncert.

The Secret był ciekawy przez pierwsze 15 minut – black’owy posmak całości dopełniała zdecydowanie za duża ilość dymu na scenie. Prezencji i muzie Włochów nie można było nic zarzucić – oprócz dosyć oczywistego faktu, że stawała się z każdą minutą coraz bardziej nużąca i przewidywalna. Nie mniej, gdyby nie Oathbreaker, może dałbym się bardziej wciągnąć, ale za to lepiej się ich fotografowało niż słuchało. Co też o czymś mówi…

Rise and Fall miało wygrać ten koncert – ale tym razem nie wygrało. Z prostej przyczyny – moje serce wcześniej skradli inni Belgowie i ta zdrada zaciążyła na odbiorze muzyki kwartetu. Wszystko było w zasadzie ok, zaangażowanie kapeli, furia, kontrolowany chaos był dokładnie taki, jaki zapamiętam z ich każdego gigu który udało mi się widzieć. Niestety, powtórzył się ponownie casus Bane’a. Publika nie bawiła się jakoś nadzwyczajnie i z bliska widać było, że panowie z R&F są lekko tym faktem zaskoczeni. Nie mniej koncert oczywiście na plus, a że ja ciągle myślałem o kapeli sprzed godziny… no, trudno. Czasami warto iść na koncert i przewartościować sobie swoje własne założenia.

Tekst i zdjęcia Jan Fronczak/Shades Of Grey.pl
Więcej zdjęć tutaj.