RIMBAUD – 45 minut leżakowania

Historia uczy, że tak co dwudziesta „supergrupa” wnosi coś nowego do dorobku tworzących ją artystów, a co pięćdziesiąta nadaje się przy tym do słuchania. Projekt Budzyński/Trzaska/Jacaszek w zapowiedziach wydawał mi się napędzaną próżnością fanaberią, tymczasem okazał się tworem ekscytującym tak w wydaniu studyjnym, jak i koncertowym. Nad płytą pozachwycałem się już na łamach Noise Magazine, dziś czas na refleksje z koncertu.

Rimbaud 16.09.2015, Gdynia, Plac Grunwaldzki

Mówcie co chcecie o darmowych (czytaj: płaci miasto, czyli pan, pani, społeczeństwo) koncertach, ale jeżeli rozum i godność człowieka nie wzbraniają was przed chodzeniem na nie, to przynajmniej wiadomo, że będzie zawodowo. Techniczny podłączy, akustyk nagłośni, oświetleniowiec oświetli i o ile jakiś celebryta nie przesadzi z wodą ognistą, to przynajmniej warunki do dobrego koncertu są spełnione. Koncert projektu Budzyński/Trzaska/Jacaszek odbył się jako impreza towarzysząca Gdyńskiemu Festiwalowi Filmowemu w uroczym amfiteatrze w centrum Gdyni. Bez obsuwy, bez biegających w panice miśków z kablami i bez bólu uszu (choć mieszkańcy okolicznych kamienic mogli mieć inne zdanie na temat łupiącego w pady Michała Jacaszka). W dodatku publiczność kontemplowała muzykę rozparta na leżakach, co dla mnie – osoby niemłodej – było opcją rewelacyjną. Apeluję niniejszym o wprowadzenie tego standardu wszędzie, od skłotów po płytę Stadionu Narodowego.rimbaud2

W tych hiperkomfortowych warunkach średnio liczna publiczność (jakieś 100-150 osób) wsłuchiwała się w muzykę… trudną? Na pewno hałaśliwą i być może odstraszającą patrząc na pewną rotację w audytorium, ale ta nieprzystępność była moim zdaniem pozorna. Materiał z „Rimbaud” jest, o czym pisałem we wspomnianej recenzji, dość krótki, zwarty i pozbawiony dłużyzn mających nadać pozory „epickości”. Taki też był koncert – około 45-minutowy, bez próby przeciągnięcia do „regulaminowej” długości i bez męczących improwizacji i jakichś koszmarków typu „kower Armii w zaskakującej aranżacji”, które potem śniłyby się po nocach. Trzech panów, ich piosenki i ich zabawki wystarczyły do wykreowania naprawdę porywającej, dusznej – mimo piknikowego otoczenia – atmosfery, z kulminacją zajebistości w „Jesteście fałszywymi murzynami” (którym to Artur Rimbaud antycypował polski hiphop).

Miło patrzeć, jak miasto wykłada pieniądze na występ zespołów ciekawszych niż losowo wybrana pozycja z listy letnich „dożynkowców”. Jeszcze milej patrzeć, jak panowie w sile wieku tworzą ciekawą muzykę, która nie musi bronić się siłą nazwisk. „Rimbaud” ma moc i w studio i na żywo, a z czołówki tegorocznych podsumowań mógłby go zrzucić wyłącznie „Verlaine” nagrany w składzie: Miecz Szcześniak, Jan „Ptaszyn” Wróblewski i Lustmord [badum-tss].

Leżakował, słuchał i fotografował Bartosz Cieślak

Ps. Tomasz Budzyński wyraził niedawno żal, że jego twórczość (w postaci recenzji „Rimbaud”) i on sam (w wywiadzie) znaleźli się na łamach pisma, które jego zdaniem okazało się promować bezeceństwa i zepsucie duchowe. Przypisywanie takich intencji magazynowi muzycznemu jest oczywiście absurdalne, ale równie absurdalne byłoby udowadnianie, że nie jest się wielbłądem, nie idźmy więc tą drogą. Przyjmijmy na moment, że artysta, dla którego moralny aspekt jego przekazu jest bardzo istotny, zostaje bezinteresownie doceniony w medium, z którym – przynajmniej zdaniem artysty – nie jest mu po drodze w ten czy inny sposób. Czy sztuce od tego „ubywa”? Wydaje się, że ów artysta powinien się cieszyć, że jego twórczość ma szansę trafić nie tylko do tych, którzy i tak już podzielają jego wartości. A nuż czyjś świat stanie się lepszy… Najwyraźniej taka refleksja nie przyszła. Oczywiście nikt nie ma w obowiązku rozpływać się z wdzięczności za każde bezinteresowne wsparcie, i też nikt tego nie oczekuje. Czym innym jest jednak imputowanie jakichś wątpliwych moralnie intencji i zaskakujące pretensje, kiedy druga strona z szacunkiem i sympatią udostępnia swoje łamy, gorąco poleca płytę i pozwala swobodnie się wypowiedzieć. „Rimbaud”, tak jak „Tańca Szkieletów”, „Legendy” czy „Uwag Józefa Baki” słuchają różni ludzie – także tacy, których światopogląd nie skleja się w stu procentach z systemem wartości Tomasza Budzyńskiego. Wątpię jednak, żeby większość z nich miała z tym jakikolwiek problem. Prędzej odwrócą się dumni ze swojej politycznej niepoprawności bywalcy prawilnych portali, jak tylko odkryją, że Artur Rimbaud był narkomanem, rozpustnikiem i sodomitą, a zatem śpiewanie jego tekstów ani chybi musi być promocją wiadomo czego… Panie Tomaszu, Pańska twórczość towarzyszy mi dłużej, niż nie towarzyszy. „Rimbaud” to znakomita płyta, koncert uważam za świetny. To się nie zmieni. Nawet, jeśli moja lub kolegów z redakcji opinia nie ma dla Pana większego znaczenia i z jakiegoś powodu jesteśmy być może kimś w rodzaju „odbiorców drugiej kategorii”.