WATAIN – czarne zastępy w Warszawie

Jeśli jesteś prawdziwym black metalowcem, październikowy, warszawski koncert Watain nie mógł Cię ominąć. Z  różnych powodów, szczególnie tych, które są zarzewiem do kłótni i obrzucania się inwektywami przez co bardziej krewkich maniaków. Jest powód? Jest…

Trudno mi odnosić się bez emocji do występu szwedzkiej załogi, która ponownie zagościła w Polsce. Wystarczy przytoczyć kilka opinii znajomych dziennikarzy, którzy zapewniali się wzajemnie, że muzyka muzyką, jednak ZOBACZYĆ Watain trzeba. Rzecz jasna, jako nieustannie poszukujący czegoś nowego, na koncert muzyków urastających do rangi czołowych, skandynawskich obrazoburców musiałem się niezwłocznie udać. Owo „niezwłocznie” zostało centralnie spacyfikowane przez obowiązki rodzinne, które zwiodły mnie najpierw do centrum handlowego. Dopiero w dwie godziny po tym radosnym doświadczeniu, klnąc na czym świat stoi szukałem miejsca by zaparkować w  – nomen omen – parku otaczającym Progresję.

Siłą rzeczy pierwszym zespołem, który dane mi było zobaczyć, był pochodzący z krainy kangurów Destroyer 666, który, jak sama nazwa wskazuje, uraczył nas szatańską miksturą niszczącego, old schoolowego thrash metalu. Patrząc na zespół zastanawiałem się, jak nazywa się ta jednostka chorobowa. Kolesie wyglądali jak wyciągnięci ze szpitala wariatów, gdzie próbuje się ich przekonać, że mamy rok 2010 a nie 1982. Skórzane kurtki, dżinsowe katany oblepione setkami naszywek i „badzików”, oldskulowe pieszczochy, spodnie rurki i adidasy – taki wygląd doskonale korespondował z muzyką – obskurnym w wydaniu i dość chaotycznym w wykonaniu siarczystym traszu. Widać, że do klubu przyszło sporo osób, dla których życie mogłoby się skończyć po 89 roku. Cóż, taki nostalgiczny lot był może i fajny, jednak jakoś D666 mnie nie przekonali. Fanem nie jestem, zanotowałem dobry ruch na scenie, takie sobie brzmienie i muzykę, która wyciągnięta z muzeum, mozolnie reanimowana, o dziwo, zaczyna żyć drugim życiem podtatusiałego zombie. Absolutnie nie chce nikogo obrazić. W sumie też z przyjemnością wracam do lat 80 – tych, choć w zgoła inne rojony…

Watain na scenę wyszedł nieco spóźniony, jednak trudno się dziwić, skoro miejsce musiało być odpowiednio przygotowane. Techniczni wynieśli więc ogromne trójzęby, czarne, krzyże z zaburzonym układem wertykalnym, wreszcie zbudowano ołtarz, w centrum sceny, przed podestem perkusisty. Szkarłatne sukno, rogi i czarne czachy. No i wyczekiwane, świńskie łby, nieco krwi plus ogień. Tego ostatniego było sporo – podpalono trójzęby, świece, dymy spowiły udekorowaną szczątkami zwierzęcego pochodzenia perkusję, ruszyło intro i na scenę wytoczyli się Erik z kolegami, plus siedmeni wspomagający zespół na trasie. Mistrz ceremonii, jak przystało na szatanka, najpierw odbył krótką modlitwę przy ołtarzu, coś tam pomachał łapami, pewnie ku czci Lucypera i wreszcie ruszyli. Piekielny jazgot trochę musiał zostać okiełznany, ale  dość szybko brzmienie stało się klarowne. Muzycznie Watain nie prezentuje specjalnie technicznych wygibasów, skupiając się raczej na stworzeniu wisielczej, czystko black metalowej atmosfery. Wszystko miało tu wymiar rytualny i nawet jeśli zachowania zespołu wydawać się mogą nieco teatralne, to trzeba im przyznać, że mają sporą siłę rażenia. Erik to doskonały frontman i nie chodzi tu raczej o jakiś szczególnie bliski kontakt z publicznością a raczej o szereg gestów i nieco aktorskiej gry, które dodawały misterium sporego rozmachu. Najlepsze fragmenty koncertu to dla mnie te ekstatyczne unisona, kiedy pałker z emfazą okładał półkoty, dodatkowo wspomagane przez odpowiednie pogłosy. Wtedy faktycznie wszystko nabierało charakteru złowieszczego rytuału. Zresztą, o to chyba muzykom najwyraźniej chodziło. Z gorszych rzeczy trzeba przyznać uczciwie, że czasami w szybszych partiach muzyka nieco siadała, za sprawą mało selektywnych blastów, które zamiast napędzać zespół powodowały, że wszystko hamowało. Może to specjalny zabieg, mający na celu podkreślenie związków z starą szkołą, jednak mogło być trochę lepiej. Watin zagrał dobą, przekrojową sztukę zwieńczoną kowerem Bathory, dając popis niezwykłej koordynacji brzmieniowej z teatralnym przedstawieniem. Po koncercie doszedłem do wniosku, że jestem w stanie zrozumieć i fanatyków zespołu jak i przeciwników zarzucających Watain tanie i jarmarczne efekciarstwo. Zresztą, może dioboł lubi takie kuglarstwo, kto wie… Zgadzam się z opiniami kolegów z branży. Watain warto zobaczyć, nawet jeśli słuchanie nie idzie z tym w parze. Zresztą, przybyli na sztukę i tacy, dla których zdecydowanie bardziej liczyło się okładanie cudzych mord niż słuchanie muzyki. Przyznam się jednak, że po koncercie powróciłem do skądinąd świetnej płyty „Lawless Darkness” i odkryłem ją na nowo. Czyli koncert, w swoim zamierzeniu promocyjny, spełnił wyznaczoną mu rolę…

Arek Lerch