RED FANG – werwa i polot

Kiedy uznać, że zespół jest naprawdę niezły koncertowo? Często mnie nurtuje to pytanie, bo większości kapel nie widuję częściej niż dwa razy. Nie żebym nie miał okazji, bo mam, ale większość z nich jest niezwykle przewidywalna, co bezpośrednio przekłada się na spadek mojego zachwytu ich wygibasami w wersji “live”. I tu ponownie są wyjątki. Na miano jednego z nich w tym roku zasłużyło Red Fang. Ich doskonała płyta „Murder the Mountains” to tylko jeden z powodów, za to każdy ich kolejny koncert, który oglądam (a widziałem w tym roku już trzy) jest coraz lepszy. Ale może po kolei.

Red Fang, El Caco, Club Academy, Manchester  04.12.12

Zanim przyszedł czas na kolejne spotkanie z przyjemniaczkami ze stanu Oregon, swoją szansę dostało norweskie El Caco. Gdy słyszę słowa: Skandynawia i rock, to od razu nastawiam się w tryb bojowy. Wiadomo: Turbonegro, Graveyard, Hellacopters, Horisont. El Caco może nie pozamiatało mną, ale wypełnili swoją rolę należycie. Publiczność ciepło przyjęła Norwegów oraz kawałki z ich najnowszego albumu „Hatred, Love & Diagrams”. Po około 40 minutach zeszli ze sceny z tarczą.

W zasadzie po Red Fang oczekiwałem jedynie powtórzenia tego, co zrobili w marcu bieżącego roku na trasie z Black Tusk i Christian Mistress, czyli pokazania jak powinno grać się na luzie i bez jakiejkolwiek spiny. Nie spodziewałem się jednak, że dołożą do tego jeszcze taki ładunek energii. To było zdecydowanie coś, czego może nie zabrakło, ale co tym razem zrobiło zasadniczą różnicę w ich występie. Red Fang zagrało z taką werwą i polotem, że na samym starcie czapki pospadały wszystkim z głów. W tym roku zagrali grubo ponad 100 koncertów, trzy trasy po Europie, dwie po Stanach i to u boku takich nazw jak Mastodon, Dillinger Escape Plan, czy wspomnianego wcześniej Black Tusk. Widać, jakie doświadczenie zebrali na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Red Fang z każdym kolejnym koncertem wygląda w mojej opinii coraz lepiej. Nie zabrakło żadnego z hitów z ich ostatniego krążka “Murder the Mountains”. Zaczęli od „Hank Is Dead”, zagrali również „Dirt Wizard”, „Malverde” i „Wires”. Amerykanie zaprezentowali także nowy kawałek o tytule „Crows In Swine”, który zapowiada, że nadchodzący materiał Red Fang może być jeszcze ciekawszy niż ich poprzednie wydawnictwo. Zakończyli na „Prehistoric Dog”, a na dokładkę dorzucili „Suicide” z repertuaru Dust. Jedynym słowem, jakie cisnęło się każdemu na usta, było – miazga!

Red Fang to jeden z tych zespołów, które chyba skazane są na sukces. 7 lat działalności, 2 albumy, kontrakt z Relapse i już prawie cały świat zwiedzony, czy będąc muzykiem można chcieć więcej? Na pewno to zespół, który trzeba sprawdzić na żywo i zapowiada się, że w nadchodzącym roku nadejdą kolejne okazje, bo kwartet z USA potwierdził już swój udział w letnich festiwalach.

Słuchał, oglądał i pstrykał Paweł Parcheta