PRONG – pięścią w twarz

Frekwencja odwrotnie proporcjonalna do jakości występu. Czyli, ludzi zjawiło się skandalicznie mało, a gwiazda wieczoru dała taki koncert, którego długo nie zapomnę. Prong na żywo jest jak bokserski mistrz, który bawi się z rywalem, a w odpowiednim momencie wyprowadza cios, po którym nie sposób się podnieść.

Prong, Klogr, Klub Kwadrat, Kraków, 13.04.2014r.

Nie wiem, czy to okres przedświątecznych porządków, czy ta niedziela, w której pewnej części populacji kraju,SONY DSC dosłownie, odbija palma, czy jeszcze coś, sprawiły, że absolutnie fantastyczny koncert Prong oglądało około 150 osób (!). Byłem w krakowskim „Kwadracie” nie raz, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek wcześniej było w klubie tyle przestrzeni, że można by po nim zasuwać motocyklem (crossowym), nie robiąc przy tym nikomu krzywdy. Cóż, pozostaje w tym momencie posłużyć się jakże użyteczną w kontekście wydarzenia z 13 kwietnia kliszą – niech żałują ci, którzy nie byli. A jeśli kolekcjonują winyle, żałować powinni w dwójnasób, gdyż na stoisku z merczem Prong sprzedawał limitowaną siedmiocalówkę, przygotowaną specjalnie na Record Store Day, a na niej znalazł się kawałek „Turnover”, zwiastujący dziewiąty studyjny materiał kapeli Tommy’ego Victora „Ruining Lives”. Jeśli coś miałbym Prong zarzucić to chyba jedynie to, że trochę dziwnym pomysłem jest granie tournée promującego krążek, który dopiero ma się ukazać. Chyba, że Victor robił swego rodzaju rozpoznanie terenu i za parę miesięcy wróci ponownie, gdy fanom zadomowią się w głowach kawałki z nowej płyty. Z „Ruining Lives” Prong zagrał numer tytułowy i wspomniany „Turnover”. Ciężko oceniać coś po pierwszym przesłuchaniu, ale drugi z wymienionych, dość szybki i drapieżny, robił naprawdę bardzo dobre wrażenie.

Gdy Prong wkroczył na scenę, jakby przeszedł po sali jakiś prąd. Zrobili to tak żwawo, energetycznie, że można było odnieść wrażenie, iż zaraz będą chcieli nakłaść po mordzie każdemu, kto będzie na tyle głupi, by podejść za blisko. Basista Jason Christopher (znakomity!) raz tylko obdarował fanów uśmiechem, a tak szalał po scenie niesamowicie naładowany, z marsową miną. Genialny i jednocześnie przepotężny napęd dał zespołowi pałker Arturo Cruz. Jestem zdziwiony, że jego zestaw przetrwał w jednym kawałku do końca. A Tommy Victor… Widziałem go już w Polsce z Ministry w „Stodole” i wiem, że to taki muzyk, po którym widać, iż się do tej roboty urodził. Który na scenie czuje się jak w swoim pokoju, który panuje na niej niepodzielnie i, co w kontekście koncertów najważniejsze, posiada wspaniały dar dyrygowania publiką, rozmawiania z nią, przekomarzania się i odbierania od niej energii wcześniej doń wyemitowanej. Facet zbliża się do piątej dziesiątki pobytu na ziemskim grajdole, ale żywiołowością, ruchliwością, sprawnością, sylwetką, zaskoczyłby niejednego zawodnika o połowę od siebie młodszego. Poza trójką stojącą na scenie, ogromne brawa należą się dwóm młodzikom (na oko koło trzydziestki), który dbali o brzmienie Prong. Musiałbym naprawdę głęboko poszperać w pamięci, żeby przypomnieć sobie równie dobrze nagłośniony klubowy koncert. I przyznaję, że nie widziałem wcześniej, by ktoś stojący przy konsolecie, wielokrotnie przechadzał się po sali w trakcie występu, badał, gdzie słychać dobrze, gdzie nie, po czym szybko korygował brzmienie. O ile mnie pamięć nie zawodzi, podobnie postępowali kiedyś Pink Floyd.SONY DSC

Tak, wiem, musi być parę słów o setliście. Naprawdę trzeba by mieć w sobie potężne podkłady maruderstwa i malkontenctwa, aby na nią narzekać. Prong zaprezentował świetnie ułożony „The best of…”, do którego dodał wspomniane dwie nowe piosenki. Zrobił przegląd dorobku od „Beg To Differ” do „Carved In Stone”. Każdy numer odegrali z nieprawdopodobnym kopem, głos Tommy’ego (czasem wspomagał go Jason) nie zawiódł ani razu, ani na moment nie siadło też napięcie na sali. Największe poruszenie? Momenty do zapamiętania? Na pewno „Unconditional”, „Rude Awakening” oraz rzecz jasna wybór z „Cleansing”, obejmujący „Broken Peace”, „Snap Your Fingers, Snap Your Neck”, „Whose Fist Is This Anyway?”, „Cut-Rate” oraz „Another Wordly Device”. Świetnie na bis wypadł „Revenge… Best Served Cold” z „Carved Into Stone”, zaś wspaniałe dzieło zwieńczył tytułowy numer z „Prove You Wrong” z chóralnie wykrzyczanym przez publikę refrenem. Ani przez moment Tommy, Jason i Arturo nie dali odczuć, że są rozczarowani niską frekwencją, choć na wcześniejszych koncertach (wujek YouTube fragmenty udostępnia) publika była liczniejsza i głośniejsza. Poprzybijali piątki, uśmiechali się, obdarowali piórkami, zaś krótko po zejściu ze sceny powrócili, aby porobić sobie zdjęcia z fanami i wymienić kilka słów. Victor wyszedł od etosu DIY i wciąż jest mu on bliski. Nie zapomina, komu zawdzięcza to, że wciąż może zajmować się muzyką. Zero gwiazdorki, pełny profesjonalizm, świetny zestaw piosenek, super brzmienie, kapitalna energia. Naprawdę mają czego żałować ci, którzy ten koncert pominęli. Mam tylko nadzieję, że Tommy nie ma menedżera, który będzie odradzał mu powrót do Polski z uwagi na niską frekwencję w „Kwadracie”. Z wielką chęcią obejrzę Prong ponownie. Jeszcze jedna refleksja mi się nasunęła – może ludzi wiele nie było, ale byli to ludzie w 100 procentach właściwi. Każdy wiedział, na co przyszedł, każdy z tematem zapoznany był bardzo blisko, każdy to mocno przeżywał.

Przed gwiazdą wieczoru zaprezentowała się młoda włoska kapela Klogr. Energii im nie brakuje, z umiejętnościami też nie jest najgorzej, ale muzyka nie robi większego wrażenia. Na nikim nie zrobiła, niestety. Jak trafnie, choć dość brutalnie, ujął to jeden z fanów, było to „granie dla amerykańskiej gimbazy”. Trochę metalu, jakiś odłamek mrocznego industrialu, metalcore’owe darcie kopary. Co mieli imponującego, to… walizkę na mercz wielkich rozmiarów, z telewizorkiem w środku! Gadżety to jednak trochę za mało.

Słuchał i komentował Lesław Dutkowski

Zdjęcia: Piotr Kuhny