PRIMUS – Les was a bass guitar player

Primus to taki zespół, który się bardzo lubi albo bardzo nie. Już w złotej erze ich popularności ekipy Claypoola wytykano im muzyczny onanizm, pisanie utworów pretekstowych dla instrumentalnych popisów i dość hermetyczne poczucie humoru. Pech chciał, że na siłę podczepiono ich pod falę popularności funkowo-hardrockowego grania lat ’90, która na długie lata zmyła zespół na mieliznę. Na szczęście nowa płyta za pasem, a trasa koncertowa potwierdza, że Primus nie skapcaniał.

2.07.2011, Gdynia, Open’er Festival

Jak to przy wielkich festiwalach bywa, pod sceną zgromadził się stosunkowo niewielki tłum niekoniecznie złożony z fanów Primus, jednak publika okazała się na tyle wyluzowana, by dać się rozkręcić dźwiękami dużo bardziej inwazyjnymi niż standardowa oferta muzyczna Open’era. Nie licząc melonika i maski założonej przez Claypoola podczas „The Green Ranger”, kostiumów nie było, scenografię tworzyło za to dwóch, na oko czterometrowych dmuchanych kosmonautów z monitorami na hełmach. Aż miło było popatrzeć, zwłaszcza jeśli mieszkając w kraju, w którym „imponująca scenografia” oznacza – w zależności od budżetu – dwie flagi po bokach sceny bądź chaotyczną grę różnokolorowych oślepiających świateł. Otwierający koncert „Here Come The Bastards” przypominał jeszcze ostrożne wchodzenie do zimnej wody, ale już przy kolejnym „Pudding Time” amplituda emocji na scenie i pod nią systematycznie szła w górę. Nieco zawiany Les Claypool chętniej niż konferansjerką raczył widzów popisami w rodzaju „jakie to dźwięki da się wykrzesać z basu”, poprzedzając nimi praktycznie każdy utwór, ale kto nie lubi jak mu biją brawo, prawda? Setlistę zdominowały tym razem utwory z nadchodzącego albumu „Green Naugahyde”, min. znakomite „Lee Van Cleef” czy (odegrany smyczkiem na kontrabasie elektrycznym) „Jilly’s on the Smack”. Ograniczyło to niestety zestaw żelaznych klasyków, a całkowicie pominięte zostały płyty „Antipop” i „Tales From The Punchbowl”. Na osłodę pozostał mocny akcent na koniec w postaci „My Name is Mud”, „Jerry Was A Race Car Driver” i, a jakżeby inaczej, „Tommy The Cat”. Primus nie jest już może gromadą dziwaków przebranych za pingwiny, nie starają się też udawać nobliwych klasyków muzyki rockowej. Mimo osiągnięcia wieku, w którym, jak mówią, przeżywa się kryzys, ciągle potrafią bawić się muzyką, i ten entuzjazm jest zaraźliwy.

Można – o ile oczywiście ktoś lubi sobie zaśmiecać głowę takimi rozmyślaniami – utyskiwać na Open’era, że zespoły wciąż nie takie, że lans jak na Monciaku i że organizatorzy schlebiają niskim gustom i  przemycają trociny jako wspaniałe zjawiska artystyczne. Zdążył już nawet wytworzyć się nowy rodzaj snobizmu, w rodzaju „poszedłbym na Primus, ale nie pójdę na Open’era, bo…”, równie mądry co pojawianie się na tej imprezie z przyczyn pozamuzyczno-społecznych. Trzeba być jednak fanem Joyless by nie docenić tego, że ta masowa, nadmuchana impreza umożliwiła obejrzenie rewelacyjnych koncertów Faith No More, Sonic Youth czy właśnie Primus. Czy będzie edycja jedenasta – czas (a raczej urzędnicza decyzja) pokaże, ale nawet przez wzgląd na te pojedyncze, lecz chlubne wyjątki szkoda by było, gdyby koncertowa oferta trójmiasta ograniczyła się do festiwalu Top Trendy i pasterzy z Globaltiki.

Bawił się Bartosz Cieślak