PERU&PRZYJACIELE – W podziemiu wrze

Pogoda nie sprzyja muzyce niezależnej, to pewne – pomyślałem, zdążając do Chmur na kolejną porcją niszczącego hałasu. Tym razem zmierzyć się chciałem z kilkoma przedstawicielami stołecznej i nie tylko sceny, stojących gdzieś pomiędzy ambitną alternatywą a zaangażowaną sceną hc. Wniosek? Najlepiej pozostać pomiędzy, bo tam najwygodniej.

[peru], Diary of Laura Palmer, Brooks Was Here, Chmury, Warszawa, 12.12.2015r.

Wspomniana, niezbyt urodziwa aura oraz fakt, że w sobotni wieczór stolica oferowała co najmniej kilka pokrewnych i ciekawych wydarzeń (chociażby Dezerter…), o dziwo, nie przeszkodziły ludziom by dość licznie nawiedzić praskie klubiszcze. Szacunek i zaskoczenie, że prawie wszyscy co zapisali się na FB wydarzenia dotarli.  Zatem atmosfera była sprzyjająca, opóźnienie nieduże, miejsc parkingowych oczywiście brak. Zaczynamy.

Brooks Was Here to zaprawiona załoga, która właśnie promuje swój najnowszy, trzeci materiał. Co ciekawe, z płyty na płytę zmieniają swoje oblicze – zaczynali odBrooks klimatów indie rockowych, dzisiaj można ich z powodzeniem postawić w szufladce z chaotycznym noise. I tak też zabrzmieli tego wieczoru – sprawnie, wściekle i dynamicznie, z gryzącymi dysonansami gitarowymi i lekkim szaleństwem w aranżacjach. Całość była mocno podziemna w charakterze, może brakowało mi nieco spokoju, ale w takiej, krótkiej, gwałtownej formie miało to wszystko sens. Podoba mi się bezpretensjonalność ich oferty – bo pasuje i do punkowego szoł i do klimatów bardziej alternatywnych z naciskiem na noise czy nawet elementy szugejzu. Łączą w sobie różne wpływy, są mocno neurotyczni, słowem, idealny zespół na współczesne, pokręcone czasy. No i szacunek za powrót do krajowego narzecza w nowych kawałkach. Ponoć na opisywanym koncercie pojawić się miał już fizyczny krążek III, niestety, nie udało się, ale i tak polecam wszystkim zainteresowanym – warto ich śledzić.

LauraDrugie danie, czyli Diary of Laura Palmer – gorący tytuł ostatnimi czasy. Pojawienie się zespołu wywołało spory odzew, zatem trzeba sprawdzić w czym rzecz. Przyznam, że dwa numery udostępnione na bandcampie jakoś wybitnie mnie nie przekonały, ot obraz współczesnego, eklektycznego hardcore’a – trochę emo, trochę dołu, nieco poszarpanych struktur. Sprawnie zagrane i dobrze zaśpiewane. Nie dziwota, bo mikrofon w zespole dzierży śpiewak uznanego Hidden World. Na koncercie zrobiło się jeszcze bardziej rodzinnie, bo zestaw perkusyjny okupował pałker [peru]. Fakt, na żywo muzyka zrobiła na mnie lepsze wrażenie, więcej życia usłyszałem, widać też było, że ludziom muzyka się bardzo podoba. Nie wiem jednak, czy taki mix nie zdradza oznak lekkiego rozstroju nerwowego – za dużo furtek? Bo i połamać potrafią, w bardziej klimatycznych momentach pojawia się lekkie echo nostalgii po linii Sunny Day Real Estate, jest ciut post hardcore’owych ścieżek, prowadzących wprost do francuskiej sceny. W sumie, więcej pytań niż odpowiedzi, choć myślę, że Laura jeszcze mnie zaskoczy. Poczekam na duży – jeśli takowy się pojawi – krążek…[peru]

No i finał. Mamy grudzień, więc i mikołaj się przyplątał. Jorge siłą  spokoju trzyma band w ryzach i od pierwszych dźwięków było słychać, że pomimo średniej akustyki tej sali, [peru] są cholernie zgrani. Wszystko popłynęło idealnie: rewelacyjne, mięsiste partie basu, granego w niemal akordowy sposób, doskonale podbijanego bębnami i gitara, balansująca gdzieś na granicy post punkowej zgrzytliwości i noise’owego szaleństwa. W sumie, na żywo zespół zdecydowanie zmierzał w stronę math rocka, szczególnie w rewelacyjnym, nowym kawałku „Krew 2”, z pięknie złamanym i zagranym z niezłym feelingiem rytmem. Dobra rzecz, podobnie jak inna nowość, obsesyjny temat „Bo ja tego chcę”, dedykowany wszystkim, ch… szefom, tłamszącym młodych idealistów na umowach śmieciowych. Było sporo rzeczy z debiutanckiego krążka Ktoś z nich. Wszystko zagrane na pełnym wypasie, z ikrą, punkowym zadziorem i choć na żywca ginie mój ukochany The Jesus Lizard, i tak zaliczam [peru] do jednej z najlepszych załóg, w dobrym tonie reaktywujących lata 90. Zespół kompletny, show też zapięty pod samą szyję.

I tyle. Pozostał deszcz i męczący powrót do chaty. Po raz kolejny – może staję się monotematyczny – dochodzę do wniosku, że dobre rzeczy dzieją się z dala wielkiego świata i znowu praca u podstaw i oddolny ferment mogą rozsadzić skostniały biznes. Ech, zapachniało rebelią. A w poniedziałek do pracy, choć tego nie chcę...

Arek Lerch