PERSISTENCE TOUR 2017 – Tona hałasu

Końska dawka. Takim spostrzeżeniem podzielił się kolega, z którym wracałem i to określenie odzwierciedla idealnie czwartkowy wieczór w „Progresji”. 7 zespołów w około 6 godzin porcjowanego hałasu. I tłum spragnionych tegoż.

Persistence Tour 2017, Mizery/Burn/Down To Nothing/Municipal Waste/Walls of Jericho/Agnostic Front/Suicidal Tendencies, Progresja, Warszawa, 19.01.2017r.

Punktualnie o 18:00 (no dobra, o 18:01) rozpoczęło MIZERY. Sala jeszcze nieco pustawa i wychłodzona. Zmetalizowany hardcore Kalifonijczyków zabrzmiałby lepiej nie będąc tak zdominowanym przez głośność wokalu. Nienajgorsza rozgrzewka, choć na mój gust nieco nieśmiała i nie na pełnej k... Z płyty bardziejDTN Burnprzekonują. Na występ BURN czekałem z niecierpliwością, bo to zespół zasłużony, ważny, niedoceniony, a z całą pewnością oryginalny. Szczególnie w pierwszej części setu brzmienie kulało, zbytnio rozmywając gitarę potężnej postury Gavina Van Vlacka. A szkoda, bo kolos krzesze swoimi potężnymi łapami wyjątkowo emocjonalne dźwięki. Razem z rozbrykanym Chaka Malikiem na wokalu tworzą doskonały team, wciąż pełen energii pomimo lat na karkach i na scenie. Reszta załogi w postaci sekcji rytmicznej również nie pozostawała w tyle. Miałem wrażenie, że przenoszę się lata wstecz, a że sentymentalny ze mnie dziad – bardzo mi to pasowało.

Emocje emocjami, wspominki wspominkami, a tymczasem na scenie wylądował DOWN TO NOTHING. Za głośno. Przy intro myślałem, że ogłuchnę. Zasadniczo nie jestem miłośnikiem tego swoiście kwadratowego rodzaju hardkora, ale trzeba przyznać, że było sprawnie, do przodu i lepiej niż z płyt. Tego rodzaju muzyka zdecydowanie lepiej sprawdza się na scenicznych deskach. Solidna elektrownia. Fanów nie rozczarowali.MW

Jednym bardziej oczekiwanych przeze mnie był występ MUNICIPAL WASTE. I nie rozczarowałem się bo crossover’owe, nawiązujące stylem do D.R.I. ODPADY KOMUNALNE były w moim odczuciu jednym z najjaśniejszych punktów tego i tak rozświetlonego wieczora. Luz, dystans, poczucie humoru to jedno. Głupkowatość w muzyce zwykle mnie nie śmieszy, ale ci goście to coś więcej. Oni do swojego przepisu podchodzą bardzo serio i profesjonalnie. Szczególnie w naszym smutnym kraju to jak łyk egzotycznego drinka z palemką. Rozkminy zostawiamy w domach, bo nadszedł czas zabawy. Trashowe riffy na punkowych resorach, krótko i na temat. Nie zabrakło ruchowej synchronizacji gitarowego tria oraz pocisku w postaci „Unleash The Bastards”. Git. Lubię ich tak samo jak ich kolorowy merch.

Ponieważ nie jestem fanem WALLS OF JERICHO, a w przerwach dostanie się do kibla lub baru nie należało do najłatwiejszych, postanowiłem część ich występu poświęcić na wyżej wymienione czynności. Słyszałem mnóstwo zachwytów na temat ich setu. Mnie ten zespół nigdy nie przekonywał, choć istotnie pary im nie brakuje, w szczególności coraz bardziej przypakowanej Candance, która miotała się po scenie jak nakoksowany zawodnik MMA po oktagonie. Ale jakoś bardziej mnie to bawiło niż porwało. Nie moja filiżanka herbaty. Inni niech się radują.WOJ

Pomimo ponownie pozostawiającego wiele do życzenia soundu (wokal i gitara Stigmy za cicho), koncert AGNOSTIC FRONT sprawił, że uśmiech nie schodził mi z ust. Kilka lat nie widziałem ich na żywo i zdążyłem się stęsknić. Jak zwykle spaghetti westernowe intro, Stigma z dumnie uniesioną gitarą, a potem istny koncert życzeń. Niby ciągle to samo, a zawsze działa. Stara, sprawdzona formuła. Same hity, wśród których nie mogło rzecz jasna zabraknąć „Crucified” i śpiewanego przez wszystkich „Gotta Go”. Zespół w formie godnej pozazdroszczenia, najwyraźniej połamali ząb czasu. Jako, że byłem stęskniony nowojorczyków, spodziewałem się, że nie wyjdę rozczarowany, ale było jeszcze lepiej.AF

Podsumowując: chociaż momentami na sali nie było najcieplej, nagłośnieniu daleko było do ideału, a wśród ponad tysiąca ludzi zawsze znajdzie się odsetek naj… morświnów i młodzieży zdeterminowanej by choć dotknąć zamorskiego muzykanta – było bardzo dobrze. Największym minusem był dla mnie tłum i brak miejsca żeby spokojnie przysiąść, bo nogi nieco weszły mi, przysłowiowo ujmując, w dupę. Ale niech minusy nie przysłonią plusów. Organizacja jak zwykle na medal – czasowo wszystko się zgadzało, brak barierek i subtelna ochrona. A przede wszystkim kawał solidnego, muzycznego wpierdolu, po który wszyscy się stawili. Przynajmniej raz do roku końska dawka się należy. Na wzmocnienie.Suicidal

Lubię nocne wojaże, szczególnie, kiedy wybieram się tylko na jeden, konkretny gig, a skoro kolega Łukasz zwolnił mnie z obowiązku niszczenia słuchu na całej masie hc/metalo/crossoverowatych tworów (ok., Municipal Waste żałuję, fakt…) tworzących tegoroczny Persistence Tour, spokojnie wpakowałem się do klubu, kiedy leciało już intro, a na płachcie dumnie prężyła się suicidalowa czacha w czapeczce. SUICIDAL TENDENCIES… I tu otwiera się klapka – wehikuł czasu, przypominam sobie pierwsze kontakty z zespołem, płyty „How Will I Laugh Tomorrow When I Can’t Even Smile Today?” czy „Lights…Camera…Revolution!”, wstępne rozczarowanie „The Art of Rebellion”, które później zmieniło się w zachwyt… Dużo wspomnień. Zespół to zasłużony, choć w nowym milenium jakoś niespecjalnie błyszczący na hardcore/crossover’owym firmamencie. Lata mijają i wydawało się, że grupa niczego już nie powie, a tu proszę – najpierw udana „13”, a teraz nowy, ciekawy w sumie album „World Gone Mad”. No i oczywista oczywistość – Dave Lombardo za garami. Nie będę ukrywał, że po przesłuchaniu płyty nie Mikekumałem po co Suicidalom taki perkusista. Eric Moore pasował do nich dużo lepiej i muzykę ST nakręcał też ciekawiej. Po koncercie w Progresji powiem tak – nadal nie kumam po co bębni w tym zespole (subiektywnie) i całkowicie (tudzież obiektywnie…) rozgrzeszam grupę z marketingowego punktu widzenia. Dzięki Dave’owi zespół przeżywa kolejną młodość, Mike Muir jest sprawnym managerem, więc temat odpowiednio nakręca, paru nowych fanów trafi się na pewno. Zresztą, w trakcie koncertu było wszystko jasne – Dave zbierał zasłużone owacje, Mike nie omieszkał się goDave odpowiednio zaanonsować, zresztą, rzeczony pałker wyraźnie rozochocony dorwał się nawet do mikrofonu. Tyle marketing, zaś sam koncert… cóż, fajnie było usłyszeć parę hitów, ale nadal uważam, że Lombardo marnuje się w tej kapeli. Jasne, na bezrybiu… itp. – Philm jakoś specjalnie nie zaszalał, Slayer to chyba już na 200% przeszłość, jakieś drobne projekty po drodze kasy na życie nie zapewnią, zatem, skoro nawinęła się okazja, trzeba łapać temat. W pierwszych numerach miałem wrażenie, że perkusista trochę się męczy, miejsca na popisy nie ma za wiele (nie licząc oczywiście, zgranego milion razy suchara z „Reign In Blood”, który – co oczywiste – musiał się pojawić), jednak w drugiej części koncertu było żwawiej. Pałker to znakomity i choć w zasadzie geniusz objawił i zostawił w Zabójcy, jakoś się wpasowuje w bandanową załogę (ciekawe, czy Mike proponował mu założenie chusty na gigi?). Jeśli ktoś był bohaterem wieczoru, to na pewno Mike. Gość w wieku lat 54 szalał na scenie jak nastolatek, wrzeszczał, nawijał i przemierzał kilometry. Szacun za formę, za głos i za zwyczajne „chcenie”… Reszta poprawnie, solidnie, ze wskazaniem na nowego gitarzystę Jeffa Pogana, który wyglądał jakby wyskoczył z kreskówki. Apoteoza crossover kid bez dwóch zdań. Repertuar przekrojowy, z naciskiem na ostatnią płytę, szaleństwo podczas „Possessed To Skate”, obowiązkowe „Clap Like Ozzy” i znakomite – choć oczywiście wyreżyserowane – grand finale w postaci zaproszenia na scenę z setki osób, żeby pokazać czym jest hc braterka. No było sympatycznie, serce rosło, patrząc, jak zapełniona została Progresja, znajomych zjechała się cała masa. Chyba nikt nie mógł być rozczarowany, choć taka końska dawka hałasu mogła zabić nosorożca. I tyle. czekamy na następny tur.

Łukasz Szymański (większość)/Arek Lerch (finał)

Zdjęcia: Janek Fronczak